Dziwnie jest usłyszeć o śmierci ulubionego aktora z czasów dzieciństwa. Niby już z niego „wyrosłam”, niby od lat nie śledziłam jego kariery, ale jednak – smutno. Zwłaszcza że niedawno odkryłam go ponownie, tym razem nie jako aktora, ale instagramera radośnie relacjonującego życie na swojej nowozelandzkiej farmie.
Do widzenia, Panie Neill. Dziękuję ci za Merlina, za Alana Granta z Parku Jurajskiego, i za wiele innych filmów z twoim udziałem, które jako nastolatka oglądałam do zdarcia taśmy w kasecie magnetowidowej. I za twoje instagramowe filmiki, które od jakiegoś czasu poprawiały mi humor.
Będzie mi Pana brakowało…
Tak napisałam na Facebooku, 13 lipca 2026, niedługo po tym, jak dowiedziałam się o śmierci Sama Neilla. Jednak wpis w social-mediach to za mało. Dlatego piszę tego Dyrdymała.
Merlin
Zanim zacznę moją opowieść, drobna, ale bardzo istotna uwaga. Opisuję, jak wszystko zapamiętałam. Czy tak było naprawdę? Nie wiem. Podejrzewam, że gdybyście zapytali moich bliskich – ich wersja wydarzeń mogłaby być inna.
Nie pamiętam chwili, w której po raz pierwszy obejrzałam Merlina, ale wiem, w jakich okolicznościach to nastąpiło. To było w 1999 roku, niedługo po tym, jak niespodziewanie umarł mój Dziadek.
Nie szukałam pocieszenia, odskoczni, ani tym bardziej kogoś, kto wypełni pustkę, jaka powstała w moim życiu. Jednak właśnie wtedy pojawił się on – czarodziej Merlin. Czasem myślę, że to właśnie dzięki niemu udało mi się przetrwać najsmutniejszy moment mojego dzieciństwa.
Dzisiejszy wpis będą ilustrować zdjęcia, z mojej fanowskiej kolekcji, których nigdy nie potrafiłam usunąć z dysku.
To znaczy, wtedy tego tak nie postrzegałam. Po prostu obejrzałam serial, który mnie zaciekawił, z postacią, którą polubiłam, i światem fantasy, który przemawiał do mojej wyobraźni. Dopiero teraz, po latach dostrzegam, że mogło się za tym kryć coś więcej. Że Merlin, zupełnie przypadkiem, pojawił się w moim życiu dokładnie wtedy, kiedy go potrzebowałam. I chyba właśnie dlatego został ze mną na dłużej.
Nie chodziło tylko o żałobę po moim Dziadku. W podstawówce byłam gnębiona i z roku na rok bullying był coraz większy. Podczas szkolnych przerw ukrywałam się przed moimi dręczycielami i kiedy czekałam na dźwięk dzwonka na lekcje, uciekałam w myślach do świata mojej wyobraźni. A po powrocie do domu otwierałam zeszyt i zapisywałam te przygody. Merlin zawsze tam był, w roli wyrozumiałego, choć nieco złośliwego mentora.
Wyjątek od reguły, zdjęcie zrobione dzisiaj.
Podstawówka dobiegła końca, udało mi się trafić do najwspanialszego miejsca na świecie, czyli Szkoły Plastycznej im. A. Kenara. Dręczyciele zniknęli, na przerwach nie musiałam się już ukrywać, ale to nie wyciszyło mojej wyobraźni – stos zeszytów z opowiadaniami dalej rósł.
Z czasem trochę „zmądrzałam”. Stwierdziłam, że głupio jest pisać powieść fantasy w świecie legend Arturiańskich. Trzeba stworzyć własne uniwersum. Nie wyobrażałam sobie jednak tego świata, bez postaci mądrego czarodzieja. Merlin zmienił imię na Aptus*. Nie zmienił jednak twarzy – pozostał Samem Neillem.
* Jak mówił papierowy, kieszonkowy słownik łacińsko-polski i polsko-łaciński, do którego lubiłam w tamtym czasie nieustannie zaglądać (i który ciągle mam na półce!), aptus oznaczał kogoś spokojnego, przywiązanego i uporządkowanego.
Obiekt… kolekcjonerski
Mechanizm zostawania fanem w moim przypadku zawsze przebiega bardzo podobnie. Ale Sam Neill był pierwszym aktorem, z którym go „przeszłam”.
Zaczęło się od wspomnianego Merlina. Polubiłam postać, nie aktora. Jednak z czasem, po sto pierwszym obejrzeniu moich ulubionych scen z czarodziejem stwierdziłam, że to mi nie wystarczy, że potrzebuję więcej.
Nie było więcej Merlina, ale było więcej Sama Neilla!
Trudno jest mi określić, czy to Neill wszędzie grał z tą samą manierą, czy też ja uparcie starałam się dostrzec w jego innych rolach arturiańskiego czarodzieja. Faktem jest to, że gra aktora przypadła mi do gustu i oglądanie innych produkcji z jego udziałem dawało mi równie dużo radości, co Merlin.
Przypominam jednak, że to były czasy początków internetu. Bardzo wolnego internetu. Internetu, który służył głównie do odnajdywania treści tekstowych, takich jak filmografie, artykuły lub wywiady, oraz zdjęć w dość niskiej rozdzielczości (obrazy powyżej 1000px były uznawane za OGROMNE!). Internetu bez serwisów streamingowych. Internetu, z którego teoretycznie dało się ściągać filmy, ale w praktyce nie było to dla mnie możliwe. Bo to był internet, który… przynosiło się do domu na dyskietkach.
Skąd więc brałam filmy z Samem Neillem? Na pierwszy rzut oka idealnym źródłem powinny być wypożyczalnie kaset wideo. Tyle, że nie w tak małej mieścinie, jak Zakopane. To znaczy wypożyczalnie owszem, istniały, ale w ich asortymencie były tylko najnowsze filmy. Więc na przykład najpopularniejszy film z Samem Neillem – Park Jurajski z 1993 roku, w roku 1999 był już „przestarzały” i co za tym idzie – nie do wypożyczenia.
Pozostawała więc tylko telewizja, w moim przypadku podstawowe pięć kanałów, bo nie mieliśmy w domu satelity lub kablówki.
Co tydzień, kiedy pojawiał się nowy numer programu telewizyjnego – rozpoczynałam poszukiwania. Kanał po kanale, każdy program po kolei. Filmów z Neillem nie było dużo, a jeśli już się pojawiały, zwykle bardzo późnym wieczorem. Trzeba było zaprogramować nagrywanie w magnetowidzie i mieć nadzieję, że zadziała. Czasem niestety zawodziło i wtedy byłam straszliwie zrozpaczona.
Bycie fanem w tamtych czasach nie polegało więc tylko na podziwianiu ulubionego aktora. To było hobby kolekcjonerskie, gdzie każdy film nagrany na VHS był jedynym w swoim rodzaju okazem.
Wracając do programu telewizyjnego – kolekcjonowałam też wycinki z opisami filmów (Neill był mało popularnym aktorem, w gazetach nie było wywiadów lub innych informacji na jego temat). Starannie wycięte i przyklejone do kartki z bloku technicznego, by jak najdłużej zachować je przed zniszczeniem. Nie mam pewności, ale podejrzewam, że te skarby mogą ciągle istnieć w jakimś zakamarku, na strychu, w moim domu rodzinnym.
Kiedy nie poszukiwałam nowych okazów kolekcjonerskich lub nie podziwiałam tych, które już zdobyłam, fanowanie mijało mi na próbach tłumaczenia biografii i wywiadów z Neillem. Dla osoby z niską znajomością języka angielskiego była to dość żmudna praca, polegająca na wyszukiwaniu niemal każdego słowa w papierowym(!) słowniku angielsko-polskim.
Jako ciekawostkę dodam, że pierwszy opis osoby Sama Neilla w serwisie Filmweb był napisany właśnie przeze mnie (sprawdziłam i teraz da się go odnaleźć już tylko w Wayback Machine).
Wspomniany opis z Filmwebu plus dodatkowa ciekawostka.
Jako nastolatka uważałam, że każdy szanujący się pisarz fantasy powinien pisać pod pseudonimem. I to najlepiej takim AMERYKAŃSKIM! Tak więc w tamtym czasie podpisywałam się jako… Nicole Neyfly. Czemu akurat takie imię i nazwisko? Bo po prostu wydawało mi się, że brzmi… odpowiednio poetycko!
Alan Grant
Nie wiem, kiedy po raz pierwszy obejrzałam Park Jurajski. Na pewno nie zaraz po tym, jak film wszedł do kin. Byłam wtedy za mała na oglądanie dinozaurów zjadających ludzi. Pamiętam natomiast, że mniej-więcej w tym samym czasie, w Zakopanem była wystawa ruchomych dinozaurów. To było coś!
Co mogło być lepsze od zdjęcia Sama Neilla w Parku Jurajskim? Tylko zdjęcie Sama Neilla z planu Parku Jurajskiego ze Stevenem Spielbergiem!
To zdjęcie, przez wiele lat służyło mi za zakładkę do podręcznika Języka Polskiego, co kilku nauczycieli wprawiało w dziwne zakłopotanie połączone ze zdziwieniem: czemu nosisz ze sobą zdjęcie z wakacji jakiś obcych ludzi?
Nie wiem, kiedy po raz pierwszy obejrzałam Park Jurajski, wiedząc już, że gra w nim Sam Neill. Pamiętam natomiast, że miałam nagranie, na którym była tylko pierwsza połowa filmu (kaseta się skończyła i reszta się nie nagrała).
Rok, albo dwa lata później, dostałam cały film pod choinkę, na oryginalnej kasecie wideo! Nie mam zielonego pojęcia, skąd Mikołaj to wytrzasnął, ale przez długi czas to był największy skarb w mojej kolekcji!
Alan Grant nigdy nie wygrał z Merlinem, ale stał się moim drugim, ulubionym bohaterem, w którego wcielił się Sam Neill.
Dodam jeszcze, że Jurassic Park III choć niezbyt chwalony przez krytyków, zajmuje w moim serduchu specjalne miejsce. Bo to był niemal jedyny film z Samem Neillem, który widziałam w kinie. I to też nie byle-jakim! Rodzice specjalnie zabrali mnie na seans do Nowego Targu, gdzie kino miało lepszy, większy ekran, od tego zakopiańskiego.
Pierwszy popkulturalny katalizator
Nigdy nie fascynował mnie tylko Sam Neill. Po zobaczeniu Merlina, mocno zaciekawiłam się mitami arturiańskimi, później także kulturą celtycką.
Po obejrzeniu Parku Jurajskiego sięgnęłam także po książkę. Co wtedy było dla mnie sporym wyczynem, bo pod koniec podstawówki nie przepadałam za czytaniem. Choć szczerze mówiąc powieść Michaela Crichtona, na której bazował film, nie była dobrym wyborem, bo okazała się nudniejsza od filmu.
Zainteresowałam się także muzyką filmową – ponownie za sprawą Parku Jurajskiego – odkryłam Johna Williamsa. A płyta z soundtrackiem stała się chyba pierwszą, prawdziwie oryginalną, którą kupiłam (nie „oryginalną” z bazaru, czyli bez hologramu, jak inne rzeczy w domowej kolekcji). Do tej pory mam ją na półce w Krakowie.
Patrzcie, hologram dalej się błyszczy!
Jak więc widzicie, to nie było tak, że po prostu stałam się fanką jakiegoś aktora. Bycie tą fanką poszerzyło moje horyzonty. Czy gdybym nie odkryła Sama Neilla stałoby się podobnie? Nie wiem, ale szczerze w to wątpię.
Trudne bycie fanem
Marzyło mi się, żeby zostać reżyserem filmowym, między innymi po to, by w przyszłości nakręcić film, z Samem Neillem w roli głównej. Poza tym fanowałam jak każda inna nastolatka. Może trochę obsesyjnie. Może czasem pisałam nie tylko opowiadania o Merlinie, ale też fan-ficki, w których przeżywałam przygody u boku Sama Neilla (wtedy nie wiedziałam, że to się nazywa fan-fic). Jednak ze wszystkich głupich rzeczy, jakie robiły nastolatki na przełomie lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych, moje hobby nie było chyba najgłupszą lub najgorszą rzeczą z możliwych.
Tyle, że ludzie wokół mnie tego tak nie postrzegali.
Dla nich sprawa była prosta: idol to ktoś, w kim nastoletnia fanka się podkochuje i skrycie marzy, by obiekt swoich westchnień w przyszłości poślubić.
Patrzyli więc na mnie, potem na zdjęcie Sama Neilla, które im pokazywałam, i pytali z lekkim zaniepokojeniem: „Wiesz, że on jest w wieku twojego dziadka, prawda?”
Oni nie rozumieli. A ja nie potrafiłam im tego wytłumaczyć tak, jak potrafię to zrobić dziś. Mało tego, z czasem starałam się nawet trochę dopasować do szufladki, do której mnie wsadzono. Może rzeczywiście powinnam zacząć planować ślub z Samem Neillem? Nie, to przecież głupie, w ogóle gościa nie znam, facet mieszka w Nowej Zelandii, na drugim końcu świata. I tak, różnica wiekowa między nami jest kolosalna. Ale skoro inni mówią, że powinnam o nim myśleć w kategoriach romantycznych, to może… powinnam?
Nie pamiętam, jak ostatecznie z tego wybrnęłam. Choć wydaje mi się, że po prostu, zamiast tłumaczyć, że moje fanowanie Sama Neilla jest inne, przywdziewałam maskę zakochanej po uszy fanki i mówiłam, że oczywiście, zgodnie z waszymi oczekiwaniami, planuję już ślub i wszystko inne…
Wsparcie… bez wsparcia
Moi Rodzice zawsze wyznawali prostą zasadę: wspierali mnie w moich pasjach, ale jednocześnie… nigdy nie próbowali ich zrozumieć.
Nie inaczej było w przypadku Sama Neilla. Rano, przed szkołą, mój Tata zabierał mnie do biura i pozwalał korzystać ze swojego służbowego, podłączonego do internetu komputera, przy pomocy którego, ściągałam na dyskietki fotografie i anglojęzyczne artykuły na temat Sama Neilla.
Moje ulubione zdjęcia z aktorem moja Mama drukowała potem u siebie w pracy, na kolorowej drukarce.
Jedno z tych ulubionych zdjęć…
Z Samem Neillem był jednak pewien problem. Niemal zawsze grana przez aktora postać prędziej czy później umierała i… zwykle to były filmy z kategorią PG-13 albo i wyższą.
To dość niepokoiło moich rodziców. Nie winię ich za to. W tamtym czasie dość powszechne było straszenie rodziców, że brutalne filmy i gry wideo sprawią, że ich dzieci wyrosną na psychopatycznych morderców.
Twoje dziecko lubi aktora, który zagrał antychrysta w filmie Omen III? Biegnij po egzorcystę, bo na pewno nie wyniknie z tego nic dobrego!!!
Pamiętam, że kiedyś jeden z filmów z Samem Neillem udało mi się odnaleźć w wypożyczalni kaset wideo. Ukryty wymiar (muszę go kiedyś obejrzeć ponownie). Film mroczny, niepokojący i brutalny (dziś doceniany chyba bardziej, niż w dniu premiery). Oczywiście, kiedy go wypożyczałam, nie miałam zielonego pojęcia, czego się spodziewać. Science-fiction, Sam Neill i Laurence Fishburne – tylko tyle mówiła okładka.
Obejrzeliśmy ten film wspólnie, całą rodziną. Po seansie nikt nie zaciekawił się, jak podobał mi się występ mojego ulubionego aktora, nie mieliśmy nawet bardziej ogólnej dyskusji o całym filmie. Moi Rodzice zapytali zamiast tego, jak mogę lubić aktora, który pojawia się w tak brutalnych produkcjach.
Nie pamiętam, co wtedy odpowiedziałam, ale na pewno nie wyjaśniłam, iż nie wiedziałam, że film będzie brutalny, kiedy go wypożyczałam. Ani tym bardziej nie stwierdziłam elokwentnie, że cenię aktora za jego talent, a nie produkcje, w których występuje.
Przyjaźń wszystko wybaczy
W Szkole Plastycznej nie tylko znalazłam przyjazną przestrzeń, bez dręczycieli, ale też prawdziwe przyjaciółki.
Miałam też kilka innych przyjaciółek, spoza szkoły.
Wszystkie one, podobnie, jak moi rodzice, też nie interesowały się poczynaniami Sama Neilla, ale w pełni akceptowały mnie, jako osobę, która jest jego fanką. Nie pytały „kiedy ślub?”, zamiast tego cierpliwie słuchały, za co cenię aktora. Czytały moje opowiadania. Fan-ficki także. Trudno mi ocenić, czy robiły to, bo po prostu chciały mi zrobić przyjemność, czy może naprawdę lubiły je czytać. Mam nadzieję, że to drugie, ale nie obraziłabym się, gdyby było to po prostu to pierwsze.
Co ważne, nawet, jeśli moje fanowanie wydawało im się dziwaczne – nie dawały mi tego odczuć. Przy nich mogłam być sobą i zawsze będę im za to wdzięczna! ︎:)
Dorosłość
Nie wiem dokładnie jak do tego doszło.
Zaczęłam studia w Krakowie. Zamieszkałam na stancji bez telewizora i magnetowidu. I moje fanowanie Sama Neilla po prostu… wygasło.
Do tego na pierwszym roku odkryłam Prison Break i Williama Fichtnera. I forum pełne innych fanek Fichtnera, które rozumiały, że podziwianie jakiegoś aktora nie oznacza podkochiwania się w nim.
Nie było więc żadnego „od dziś przestaję być fanką Sama Neilla”, to po prostu… jakoś tak się stało.
Wydarzyło się coś jeszcze dziwniejszego. Bo na „odfanieniu” się nie skończyło, szala przeważyła całkowicie na drugą stronę. Zaczęłam… postrzegać bycie fanką Neilla (i tym samym jego samego), jako coś obciachowego.
Wiem, że często używam tego porównania, ale to było jak z patrzeniem na siebie, na starej fotografii. Na ciuchy i fryzurę, które wtedy wydawały mi się najbardziej czaderskie na świecie, a teraz wyglądają głupio.
Żeby było jasne, Sam Neill nie zrobił niczego złego. Po prostu za każdym razem, kiedy go widziałam, przypominałam sobie o moim nastoletnim fanowaniu aktora, które, z perspektywy czasu, wydawało mi się mocno obciachowym zachowaniem. Czyli innymi słowy, byłam zażenowana samą sobą. A Neill mi po prostu o tym przypominał. Dlatego, zaczęłam unikać oglądania produkcji z jego udziałem.
Wspomniałam wcześniej, że Park Jurajski III, był prawie jedynym filmem z aktorem, który widziałam w kinie. Prawie, bo wiele lat później zobaczyłam Neilla na dużym ekranie, w Thor: Ragnarok. Krótkie cameo, jedna zabawna scena, której zupełnie się nie spodziewałam.
Niestety wtedy na widok Neilla nie poczułam przyjemnego poczucia nostalgii, „O, mój ulubiony aktor z dzieciństwa, co za miła niespodzianka!”. Zamiast tego przyszło zażenowanie: „O rety, to aktor, którego faniłam, kiedy byłam obciachową nastolatką”.
Spotkanie po latach
Ten fragment historii znacie. W 2020 roku ponownie obejrzałam Merlina. Ciarki zażenowania ciągle mi towarzyszyły, ale postanowiłam je ignorować.
To było jednorazowe spotkanie. Serial zobaczony, Dyrdymał napisany, koniec, wystarczy – Sam Neill wrócił do miejsca, w którym był wcześniej, czyli do bycia częścią mojego dzieciństwa, a nie teraźniejszości. Myślałam, że już na zawsze tam pozostanie. Jednak algorytmy social-mediów zadecydowały inaczej…
W 2025* roku ponownie odkryłam Sama Neilla, ale nie jako aktora, tylko… instagramera, który radośnie opowiadał o życiu na swojej farmie, ekscytował termoizolacyjnymi właściwościami wełny lub po prostu… spędzał czas ze swoją kaczką Magdą (tak, kaczka miała polskie imię!).
Od tego momentu instagramowe filmy publikowane przez Sama Neilla stały się miłym elementem mojej codzienności. Poczucie zażenowania nie zniknęło, ale zostało mocno przygaszone. Chyba głównie przez to, że zmienił się kontekst. To już nie był Sam Neill – aktor, Merlin, Alan Grant, tylko Sam Neill – instagramer, uroczy starszy pan, opowiadający o swojej farmie.
źródło zdjęcia: Instagram Sama Neilla
Nigdy nie obejrzałam Jurassic World: Dominion, częściowo dlatego, bo cała seria Jurassic World mnie nudzi, ale częściowo przez to, że nie chciałam… psuć relacji, którą udało mi się wypracować z Samem Neillem. Bałam się, że obejrzenie go w filmie sprawi, że moje poczucie zażenowania znów przybierze na sile, i potem nie będę potrafiła wrócić do casualowego oglądania jego filmów na Instagramie.
* Rok 2025 jestem w stanie dokładnie określić, bo to samo-neillowo-instagramowe odkrycie ucieszyło mnie tak bardzo, że podzieliłam się nim na mojej facebookowej grupie Hołkołaków.
Prezent pożegnalny
Poza instagramem, nie śledziłam żadnych newsów dotyczących Sama Neilla. O tym, że w kwietniu tego roku udało mu się pokonać – wydawałoby się, że nieuleczalną – odmianę raka, też dowiedziałam się z jego social-mediów.
O śmierci aktora w poniedziałek rano, 13 lipca 2026, napisała mi moja Siostra.
Dziwne uczucie. Bez rozpaczy i większego smutku. Trochę, jakbym dowiedziała się, o śmierci kogoś, kogo mijałam codziennie na ulicy. Ktoś był i nagle go nie ma, życie jest kruche i jak zawsze stanowczo za krótkie. Aż tyle i… tylko tyle…
Byłam przekonana, że na tym się skończy. Sam Neill nie był w końcu celebrytą, aktorem szeroko znanym z ról innych, niż ta w Parku Jurajskim. Aktor umarł, koniec tematu, przejdźmy do innych newsów.
Stało się jednak coś zupełnie innego. Znów zadziałał algorytm social-mediów i na moim feedzie pojawiły się… wpisy innych fanów. Ludzi mówiących o tym, jak bardzo uwielbiali tego aktora. Za jego błysk w oku, za nieco kpiący uśmieszek. Za wspaniałe kreacje aktorskie, które zagrał. Za filmy, które dziś oceniają wyżej, niż w dniu ich premiery. I za to, jak sympatycznym i zdystansowanym do siebie człowiekiem Neill wydawał się być w social-mediach.
Po raz pierwszy przestałam czuć, że moje dziecięce fanowanie aktora było dziwactwem. Ludzie na całym świecie dostrzegali w nim dokładnie to samo, co ja, kiedy byłam nastolatką. Żadnego podkochiwania się, po prostu podziwianie kunsztu aktorskiego i dobrego vibe, jaki roztaczał wokół siebie Neill.
Poczucie zażenowania, które uwierało mnie jeszcze kilka tygodni temu, kiedy oglądałam, jak Sam Neill karmi zadziorne kakadu, nagle całkowicie zniknęło. Bo zrozumiałam, że nie ma się czego wstydzić.
Potrzebowałam kilku dni, by zrozumieć, że tak naprawdę jest mi smutno, że Sam Neill umarł. Jak to często bywa, dopiero gdy kogoś nam zabraknie, dostrzegamy, jak wiele dla nas znaczył.
Potrzebowałam dwóch tygodni, by napisać tego Dyrdymała, bo jak się okazało, nie było to łatwe. Cała ta podróż do przeszłości, do mojego dzieciństwa, okazała się nie lada wyzwaniem. Ale to było jednocześnie coś, czego naprawdę potrzebowałam.
źródło filmu: Instagram Sama Neilla
Dziękuję ci, panie Neill. Za to, że pojawiłeś się w najmroczniejszym momencie mojego dzieciństwa i pomogłeś się schronić w świecie magii. Za to, że przez ostatni rok bawiłeś mnie swoimi filmikami na Instagramie. I za to, że nawet teraz, kiedy odszedłeś, nauczyłeś mnie czegoś wartościowego.
Dziękuję. Będzie mi ciebie brakowało!
Źródło zdjęcia ilustrującego wpis: Radio Zet.