Sam Neill

Dziw­nie jest usły­szeć o śmier­ci ulu­bio­ne­go akto­ra z cza­sów dzie­ciń­stwa. Niby już z nie­go „wyro­słam”, niby od lat nie śle­dzi­łam jego karie­ry, ale jed­nak – smut­no. Zwłasz­cza że nie­daw­no odkry­łam go ponow­nie, tym razem nie jako akto­ra, ale insta­gra­me­ra rado­śnie rela­cjo­nu­ją­ce­go życie na swo­jej nowo­ze­landz­kiej farmie.

Do widze­nia, Panie Neill. Dzię­ku­ję ci za Mer­li­na, za Ala­na Gran­ta z Par­ku Juraj­skie­go, i za wie­le innych fil­mów z two­im udzia­łem, któ­re jako nasto­lat­ka oglą­da­łam do zdar­cia taśmy w kase­cie magne­to­wi­do­wej. I za two­je insta­gra­mo­we fil­mi­ki, któ­re od jakie­goś cza­su popra­wia­ły mi humor.

Będzie mi Pana brakowało…


Tak napi­sa­łam na Face­bo­oku, 13 lip­ca 2026, nie­dłu­go po tym, jak dowie­dzia­łam się o śmier­ci Sama Neil­la. Jed­nak wpis w social-mediach to za mało. Dla­te­go piszę tego Dyrdymała.

Merlin

Zanim zacznę moją opo­wieść, drob­na, ale bar­dzo istot­na uwa­ga. Opi­su­ję, jak wszyst­ko zapa­mię­ta­łam. Czy tak było napraw­dę? Nie wiem. Podej­rze­wam, że gdy­by­ście zapy­ta­li moich bli­skich – ich wer­sja wyda­rzeń mogła­by być inna.


Nie pamię­tam chwi­li, w któ­rej po raz pierw­szy obej­rza­łam Mer­li­na, ale wiem, w jakich oko­licz­no­ściach to nastą­pi­ło. To było w 1999 roku, nie­dłu­go po tym, jak nie­spo­dzie­wa­nie umarł mój Dziadek.

Nie szu­ka­łam pocie­sze­nia, odskocz­ni, ani tym bar­dziej kogoś, kto wypeł­ni pust­kę, jaka powsta­ła w moim życiu. Jed­nak wła­śnie wte­dy poja­wił się on – cza­ro­dziej Mer­lin. Cza­sem myślę, że to wła­śnie dzię­ki nie­mu uda­ło mi się prze­trwać naj­smut­niej­szy moment moje­go dzieciństwa.

Sam Neill jako Merlin – fanowski kolaż z serialu Merlin (1998)

Dzisiejszy wpis będą ilustrować zdjęcia, z mojej fanowskiej kolekcji, których nigdy nie potrafiłam usunąć z dysku.

To zna­czy, wte­dy tego tak nie postrze­ga­łam. Po pro­stu obej­rza­łam serial, któ­ry mnie zacie­ka­wił, z posta­cią, któ­rą polu­bi­łam, i świa­tem fan­ta­sy, któ­ry prze­ma­wiał do mojej wyobraź­ni. Dopie­ro teraz, po latach dostrze­gam, że mogło się za tym kryć coś wię­cej. Że Mer­lin, zupeł­nie przy­pad­kiem, poja­wił się w moim życiu dokład­nie wte­dy, kie­dy go potrze­bo­wa­łam. I chy­ba wła­śnie dla­te­go został ze mną na dłużej.

Nie cho­dzi­ło tyl­ko o żało­bę po moim Dziad­ku. W pod­sta­wów­ce byłam gnę­bio­na i z roku na rok bul­ly­ing był coraz więk­szy. Pod­czas szkol­nych przerw ukry­wa­łam się przed moimi drę­czy­cie­la­mi i kie­dy cze­ka­łam na dźwięk dzwon­ka na lek­cje, ucie­ka­łam w myślach do świa­ta mojej wyobraź­ni. A po powro­cie do domu otwie­ra­łam zeszyt i zapi­sy­wa­łam te przy­go­dy. Mer­lin zawsze tam był, w roli wyro­zu­mia­łe­go, choć nie­co zło­śli­we­go mentora.

Strona słownika łacińsko-polskiego z hasłem „aptus”

Wyjątek od reguły, zdjęcie zrobione dzisiaj.

Pod­sta­wów­ka dobie­gła koń­ca, uda­ło mi się tra­fić do naj­wspa­nial­sze­go miej­sca na świe­cie, czy­li Szko­ły Pla­stycz­nej im. A. Kena­ra. Drę­czy­cie­le znik­nę­li, na prze­rwach nie musia­łam się już ukry­wać, ale to nie wyci­szy­ło mojej wyobraź­ni – stos zeszy­tów z opo­wia­da­nia­mi dalej rósł.

Z cza­sem tro­chę „zmą­drza­łam”. Stwier­dzi­łam, że głu­pio jest pisać powieść fan­ta­sy w świe­cie legend Artu­riań­skich. Trze­ba stwo­rzyć wła­sne uni­wer­sum. Nie wyobra­ża­łam sobie jed­nak tego świa­ta, bez posta­ci mądre­go cza­ro­dzie­ja. Mer­lin zmie­nił imię na Aptus*. Nie zmie­nił jed­nak twa­rzy – pozo­stał Samem Neillem.


* Jak mówił papie­ro­wy, kie­szon­ko­wy słow­nik łaciń­sko-pol­ski i pol­sko-łaciń­ski, do któ­re­go lubi­łam w tam­tym cza­sie nie­ustan­nie zaglą­dać (i któ­ry cią­gle mam na pół­ce!), aptus ozna­czał kogoś spo­koj­ne­go, przy­wią­za­ne­go i uporządkowanego.

Obiekt… kolekcjonerski

Mecha­nizm zosta­wa­nia fanem w moim przy­pad­ku zawsze prze­bie­ga bar­dzo podob­nie. Ale Sam Neill był pierw­szym akto­rem, z któ­rym go „prze­szłam”.

Zaczę­ło się od wspo­mnia­ne­go Mer­li­na. Polu­bi­łam postać, nie akto­ra. Jed­nak z cza­sem, po sto pierw­szym obej­rze­niu moich ulu­bio­nych scen z cza­ro­dzie­jem stwier­dzi­łam, że to mi nie wystar­czy, że potrze­bu­ję więcej.

Nie było wię­cej Mer­li­na, ale było wię­cej Sama Neilla!

Sam Neill jako młody Merlin z mieczem Excalibur, kadr z serialu Merlin (1998)

Trud­no jest mi okre­ślić, czy to Neill wszę­dzie grał z tą samą manie­rą, czy też ja upar­cie sta­ra­łam się dostrzec w jego innych rolach artu­riań­skie­go cza­ro­dzie­ja. Fak­tem jest to, że gra akto­ra przy­pa­dła mi do gustu i oglą­da­nie innych pro­duk­cji z jego udzia­łem dawa­ło mi rów­nie dużo rado­ści, co Mer­lin.

Przy­po­mi­nam jed­nak, że to były cza­sy począt­ków inter­ne­tu. Bar­dzo wol­ne­go inter­ne­tu. Inter­ne­tu, któ­ry słu­żył głów­nie do odnaj­dy­wa­nia tre­ści tek­sto­wych, takich jak fil­mo­gra­fie, arty­ku­ły lub wywia­dy, oraz zdjęć w dość niskiej roz­dziel­czo­ści (obra­zy powy­żej 1000px były uzna­wa­ne za OGROM­NE!). Inter­ne­tu bez ser­wi­sów stre­amin­go­wych. Inter­ne­tu, z któ­re­go teo­re­tycz­nie dało się ścią­gać fil­my, ale w prak­ty­ce nie było to dla mnie moż­li­we. Bo to był inter­net, któ­ry… przy­no­si­ło się do domu na dyskietkach.

Sam Neill w kadrze z filmu Dead Calm (1989)

Skąd więc bra­łam fil­my z Samem Neil­lem? Na pierw­szy rzut oka ide­al­nym źró­dłem powin­ny być wypo­ży­czal­nie kaset wideo. Tyle, że nie w tak małej mie­ści­nie, jak Zako­pa­ne. To zna­czy wypo­ży­czal­nie owszem, ist­nia­ły, ale w ich asor­ty­men­cie były tyl­ko naj­now­sze fil­my. Więc na przy­kład naj­po­pu­lar­niej­szy film z Samem Neil­lem – Park Juraj­ski z 1993 roku, w roku 1999 był już „prze­sta­rza­ły” i co za tym idzie – nie do wypożyczenia.

Pozo­sta­wa­ła więc tyl­ko tele­wi­zja, w moim przy­pad­ku pod­sta­wo­we pięć kana­łów, bo nie mie­li­śmy w domu sate­li­ty lub kablówki.

Co tydzień, kie­dy poja­wiał się nowy numer pro­gra­mu tele­wi­zyj­ne­go – roz­po­czy­na­łam poszu­ki­wa­nia. Kanał po kana­le, każ­dy pro­gram po kolei. Fil­mów z Neil­lem nie było dużo, a jeśli już się poja­wia­ły, zwy­kle bar­dzo póź­nym wie­czo­rem. Trze­ba było zapro­gra­mo­wać nagry­wa­nie w magne­to­wi­dzie i mieć nadzie­ję, że zadzia­ła. Cza­sem nie­ste­ty zawo­dzi­ło i wte­dy byłam strasz­li­wie zrozpaczona.

Bycie fanem w tam­tych cza­sach nie pole­ga­ło więc tyl­ko na podzi­wia­niu ulu­bio­ne­go akto­ra. To było hob­by kolek­cjo­ner­skie, gdzie każ­dy film nagra­ny na VHS był jedy­nym w swo­im rodza­ju okazem.

Sam Neill w kadrze z filmu W paszczy szaleństwa (1994)

Wra­ca­jąc do pro­gra­mu tele­wi­zyj­ne­go – kolek­cjo­no­wa­łam też wycin­ki z opi­sa­mi fil­mów (Neill był mało popu­lar­nym akto­rem, w gaze­tach nie było wywia­dów lub innych infor­ma­cji na jego temat). Sta­ran­nie wycię­te i przy­kle­jo­ne do kart­ki z blo­ku tech­nicz­ne­go, by jak naj­dłu­żej zacho­wać je przed znisz­cze­niem. Nie mam pew­no­ści, ale podej­rze­wam, że te skar­by mogą cią­gle ist­nieć w jakimś zaka­mar­ku, na stry­chu, w moim domu rodzinnym.

Kie­dy nie poszu­ki­wa­łam nowych oka­zów kolek­cjo­ner­skich lub nie podzi­wia­łam tych, któ­re już zdo­by­łam, fano­wa­nie mija­ło mi na pró­bach tłu­ma­cze­nia bio­gra­fii i wywia­dów z Neil­lem. Dla oso­by z niską zna­jo­mo­ścią języ­ka angiel­skie­go była to dość żmud­na pra­ca, pole­ga­ją­ca na wyszu­ki­wa­niu nie­mal każ­de­go sło­wa w papie­ro­wym(!) słow­ni­ku angielsko-polskim.

Jako cie­ka­wost­kę dodam, że pierw­szy opis oso­by Sama Neil­la w ser­wi­sie Film­web był napi­sa­ny wła­śnie prze­ze mnie (spraw­dzi­łam i teraz da się go odna­leźć już tyl­ko w Way­back Machi­ne).

Zrzut ekranu profilu Sama Neilla na Filmwebie, ze strzałką wskazującą nick „Nicole Neyfly” wśród współtwórców strony

Wspomniany opis z Filmwebu plus dodatkowa ciekawostka.

Jako nastolatka uważałam, że każdy szanujący się pisarz fantasy powinien pisać pod pseudonimem. I to najlepiej takim AMERYKAŃSKIM! Tak więc w tamtym czasie podpisywałam się jako… Nicole Neyfly. Czemu akurat takie imię i nazwisko? Bo po prostu wydawało mi się, że brzmi… odpowiednio poetycko!

Alan Grant

Nie wiem, kie­dy po raz pierw­szy obej­rza­łam Park Juraj­ski. Na pew­no nie zaraz po tym, jak film wszedł do kin. Byłam wte­dy za mała na oglą­da­nie dino­zau­rów zja­da­ją­cych ludzi. Pamię­tam nato­miast, że mniej-wię­cej w tym samym cza­sie, w Zako­pa­nem była wysta­wa rucho­mych dino­zau­rów. To było coś!

Sam Neill, Laura Dern i Steven Spielberg na planie Parku Jurajskiego (1993)

Co mogło być lepsze od zdjęcia Sama Neilla w Parku Jurajskim? Tylko zdjęcie Sama Neilla z planu Parku Jurajskiego ze Stevenem Spielbergiem!

To zdjęcie, przez wiele lat służyło mi za zakładkę do podręcznika Języka Polskiego, co kilku nauczycieli wprawiało w dziwne zakłopotanie połączone ze zdziwieniem: czemu nosisz ze sobą zdjęcie z wakacji jakiś obcych ludzi?

Nie wiem, kie­dy po raz pierw­szy obej­rza­łam Park Juraj­ski, wie­dząc już, że gra w nim Sam Neill. Pamię­tam nato­miast, że mia­łam nagra­nie, na któ­rym była tyl­ko pierw­sza poło­wa fil­mu (kase­ta się skoń­czy­ła i resz­ta się nie nagrała).

Rok, albo dwa lata póź­niej, dosta­łam cały film pod cho­in­kę, na ory­gi­nal­nej kase­cie wideo! Nie mam zie­lo­ne­go poję­cia, skąd Miko­łaj to wytrza­snął, ale przez dłu­gi czas to był naj­więk­szy skarb w mojej kolekcji!

Sam Neill jako Alan Grant w kadrze z Parku Jurajskiego (1993)

Alan Grant nigdy nie wygrał z Mer­li­nem, ale stał się moim dru­gim, ulu­bio­nym boha­te­rem, w któ­re­go wcie­lił się Sam Neill.

Dodam jesz­cze, że Juras­sic Park III choć nie­zbyt chwa­lo­ny przez kry­ty­ków, zaj­mu­je w moim ser­du­chu spe­cjal­ne miej­sce. Bo to był nie­mal jedy­ny film z Samem Neil­lem, któ­ry widzia­łam w kinie. I to też nie byle-jakim! Rodzi­ce spe­cjal­nie zabra­li mnie na seans do Nowe­go Tar­gu, gdzie kino mia­ło lep­szy, więk­szy ekran, od tego zakopiańskiego.

Pierwszy popkulturalny katalizator

Nigdy nie fascy­no­wał mnie tyl­ko Sam Neill. Po zoba­cze­niu Mer­li­na, moc­no zacie­ka­wi­łam się mita­mi artu­riań­ski­mi, póź­niej tak­że kul­tu­rą celtycką.

Po obej­rze­niu Par­ku Juraj­skie­go się­gnę­łam tak­że po książ­kę. Co wte­dy było dla mnie spo­rym wyczy­nem, bo pod koniec pod­sta­wów­ki nie prze­pa­da­łam za czy­ta­niem. Choć szcze­rze mówiąc powieść Micha­ela Crich­to­na, na któ­rej bazo­wał film, nie była dobrym wybo­rem, bo oka­za­ła się nud­niej­sza od filmu.

Zain­te­re­so­wa­łam się tak­że muzy­ką fil­mo­wą – ponow­nie za spra­wą Par­ku Juraj­skie­go – odkry­łam Joh­na Wil­liam­sa. A pły­ta z sound­trac­kiem sta­ła się chy­ba pierw­szą, praw­dzi­wie ory­gi­nal­ną, któ­rą kupi­łam (nie „ory­gi­nal­ną” z baza­ru, czy­li bez holo­gra­mu, jak inne rze­czy w domo­wej kolek­cji). Do tej pory mam ją na pół­ce w Krakowie.

Płyta CD ze ścieżką dźwiękową do Parku Jurajskiego, muzyka Johna Williamsa

Patrzcie, hologram dalej się błyszczy!

Jak więc widzi­cie, to nie było tak, że po pro­stu sta­łam się fan­ką jakie­goś akto­ra. Bycie tą fan­ką posze­rzy­ło moje hory­zon­ty. Czy gdy­bym nie odkry­ła Sama Neil­la sta­ło­by się podob­nie? Nie wiem, ale szcze­rze w to wątpię.

Trudne bycie fanem

Marzy­ło mi się, żeby zostać reży­se­rem fil­mo­wym, mię­dzy inny­mi po to, by w przy­szło­ści nakrę­cić film, z Samem Neil­lem w roli głów­nej. Poza tym fano­wa­łam jak każ­da inna nasto­lat­ka. Może tro­chę obse­syj­nie. Może cza­sem pisa­łam nie tyl­ko opo­wia­da­nia o Mer­li­nie, ale też fan-fic­ki, w któ­rych prze­ży­wa­łam przy­go­dy u boku Sama Neil­la (wte­dy nie wie­dzia­łam, że to się nazy­wa fan-fic). Jed­nak ze wszyst­kich głu­pich rze­czy, jakie robi­ły nasto­lat­ki na prze­ło­mie lat dzie­więć­dzie­sią­tych i dwu­ty­sięcz­nych, moje hob­by nie było chy­ba naj­głup­szą lub naj­gor­szą rze­czą z możliwych.

Sam Neill na gali Złotych Globów

Tyle, że ludzie wokół mnie tego tak nie postrzegali.

Dla nich spra­wa była pro­sta: idol to ktoś, w kim nasto­let­nia fan­ka się pod­ko­chu­je i skry­cie marzy, by obiekt swo­ich wes­tchnień w przy­szło­ści poślubić.

Patrzy­li więc na mnie, potem na zdję­cie Sama Neil­la, któ­re im poka­zy­wa­łam, i pyta­li z lek­kim zanie­po­ko­je­niem: „Wiesz, że on jest w wie­ku two­je­go dziad­ka, prawda?”

Sam Neill w kadrze z filmu Księga dżungli (1994)

Oni nie rozu­mie­li. A ja nie potra­fi­łam im tego wytłu­ma­czyć tak, jak potra­fię to zro­bić dziś. Mało tego, z cza­sem sta­ra­łam się nawet tro­chę dopa­so­wać do szu­flad­ki, do któ­rej mnie wsa­dzo­no. Może rze­czy­wi­ście powin­nam zacząć pla­no­wać ślub z Samem Neil­lem? Nie, to prze­cież głu­pie, w ogó­le gościa nie znam, facet miesz­ka w Nowej Zelan­dii, na dru­gim koń­cu świa­ta. I tak, róż­ni­ca wie­ko­wa mię­dzy nami jest kolo­sal­na. Ale sko­ro inni mówią, że powin­nam o nim myśleć w kate­go­riach roman­tycz­nych, to może… powinnam?

Sam Neill w kadrze z filmu Wspomnienia niewidzialnego człowieka (1992)

Nie pamię­tam, jak osta­tecz­nie z tego wybrnę­łam. Choć wyda­je mi się, że po pro­stu, zamiast tłu­ma­czyć, że moje fano­wa­nie Sama Neil­la jest inne, przy­wdzie­wa­łam maskę zako­cha­nej po uszy fan­ki i mówi­łam, że oczy­wi­ście, zgod­nie z waszy­mi ocze­ki­wa­nia­mi, pla­nu­ję już ślub i wszyst­ko inne…

Wsparcie… bez wsparcia

Moi Rodzi­ce zawsze wyzna­wa­li pro­stą zasa­dę: wspie­ra­li mnie w moich pasjach, ale jed­no­cze­śnie… nigdy nie pró­bo­wa­li ich zrozumieć.

Nie ina­czej było w przy­pad­ku Sama Neil­la. Rano, przed szko­łą, mój Tata zabie­rał mnie do biu­ra i pozwa­lał korzy­stać ze swo­je­go służ­bo­we­go, pod­łą­czo­ne­go do inter­ne­tu kom­pu­te­ra, przy pomo­cy któ­re­go, ścią­ga­łam na dys­kiet­ki foto­gra­fie i anglo­ję­zycz­ne arty­ku­ły na temat Sama Neilla.

Moje ulu­bio­ne zdję­cia z akto­rem moja Mama dru­ko­wa­ła potem u sie­bie w pra­cy, na kolo­ro­wej drukarce.

Portret Sama Neilla w niebieskiej koszuli

Jedno z tych ulubionych zdjęć…

Z Samem Neil­lem był jed­nak pewien pro­blem. Nie­mal zawsze gra­na przez akto­ra postać prę­dziej czy póź­niej umie­ra­ła i… zwy­kle to były fil­my z kate­go­rią PG-13 albo i wyższą.

To dość nie­po­ko­iło moich rodzi­ców. Nie winię ich za to. W tam­tym cza­sie dość powszech­ne było stra­sze­nie rodzi­ców, że bru­tal­ne fil­my i gry wideo spra­wią, że ich dzie­ci wyro­sną na psy­cho­pa­tycz­nych morderców.

Sam Neill jako Damien Thorn w plakacie do filmu Omen III: Ostateczny konflikt (1981)

Twoje dziecko lubi aktora, który zagrał antychrysta w filmie Omen III? Biegnij po egzorcystę, bo na pewno nie wyniknie z tego nic dobrego!!!

Pamię­tam, że kie­dyś jeden z fil­mów z Samem Neil­lem uda­ło mi się odna­leźć w wypo­ży­czal­ni kaset wideo. Ukry­ty wymiar (muszę go kie­dyś obej­rzeć ponow­nie). Film mrocz­ny, nie­po­ko­ją­cy i bru­tal­ny (dziś doce­nia­ny chy­ba bar­dziej, niż w dniu pre­mie­ry). Oczy­wi­ście, kie­dy go wypo­ży­cza­łam, nie mia­łam zie­lo­ne­go poję­cia, cze­go się spo­dzie­wać. Scien­ce-fic­tion, Sam Neill i Lau­ren­ce Fish­bur­ne – tyl­ko tyle mówi­ła okładka.

Sam Neill na planie filmu Horyzont zdarzeń (1997), z klapsem w kadrze

Obej­rze­li­śmy ten film wspól­nie, całą rodzi­ną. Po sean­sie nikt nie zacie­ka­wił się, jak podo­bał mi się występ moje­go ulu­bio­ne­go akto­ra, nie mie­li­śmy nawet bar­dziej ogól­nej dys­ku­sji o całym fil­mie. Moi Rodzi­ce zapy­ta­li zamiast tego, jak mogę lubić akto­ra, któ­ry poja­wia się w tak bru­tal­nych produkcjach.

Nie pamię­tam, co wte­dy odpo­wie­dzia­łam, ale na pew­no nie wyja­śni­łam, iż nie wie­dzia­łam, że film będzie bru­tal­ny, kie­dy go wypo­ży­cza­łam. Ani tym bar­dziej nie stwier­dzi­łam elo­kwent­nie, że cenię akto­ra za jego talent, a nie pro­duk­cje, w któ­rych występuje.

Przyjaźń wszystko wybaczy

W Szko­le Pla­stycz­nej nie tyl­ko zna­la­złam przy­ja­zną prze­strzeń, bez drę­czy­cie­li, ale też praw­dzi­we przyjaciółki.

Mia­łam też kil­ka innych przy­ja­ció­łek, spo­za szkoły.

Wszyst­kie one, podob­nie, jak moi rodzi­ce, też nie inte­re­so­wa­ły się poczy­na­nia­mi Sama Neil­la, ale w peł­ni akcep­to­wa­ły mnie, jako oso­bę, któ­ra jest jego fan­ką. Nie pyta­ły „kie­dy ślub?”, zamiast tego cier­pli­wie słu­cha­ły, za co cenię akto­ra. Czy­ta­ły moje opo­wia­da­nia. Fan-fic­ki tak­że. Trud­no mi oce­nić, czy robi­ły to, bo po pro­stu chcia­ły mi zro­bić przy­jem­ność, czy może napraw­dę lubi­ły je czy­tać. Mam nadzie­ję, że to dru­gie, ale nie obra­zi­ła­bym się, gdy­by było to po pro­stu to pierwsze.

Co waż­ne, nawet, jeśli moje fano­wa­nie wyda­wa­ło im się dzi­wacz­ne – nie dawa­ły mi tego odczuć. Przy nich mogłam być sobą i zawsze będę im za to wdzięcz­na! ︎:)

Dorosłość

Nie wiem dokład­nie jak do tego doszło.

Zaczę­łam stu­dia w Kra­ko­wie. Zamiesz­ka­łam na stan­cji bez tele­wi­zo­ra i magne­to­wi­du. I moje fano­wa­nie Sama Neil­la po pro­stu… wygasło.


Do tego na pierw­szym roku odkry­łam Pri­son Bre­ak i Wil­lia­ma Ficht­ne­ra. I forum peł­ne innych fanek Ficht­ne­ra, któ­re rozu­mia­ły, że podzi­wia­nie jakie­goś akto­ra nie ozna­cza pod­ko­chi­wa­nia się w nim.

Nie było więc żad­ne­go „od dziś prze­sta­ję być fan­ką Sama Neil­la”, to po pro­stu… jakoś tak się stało.

Wyda­rzy­ło się coś jesz­cze dziw­niej­sze­go. Bo na „odfa­nie­niu” się nie skoń­czy­ło, sza­la prze­wa­ży­ła cał­ko­wi­cie na dru­gą stro­nę. Zaczę­łam… postrze­gać bycie fan­ką Neil­la (i tym samym jego same­go), jako coś obciachowego.

Wiem, że czę­sto uży­wam tego porów­na­nia, ale to było jak z patrze­niem na sie­bie, na sta­rej foto­gra­fii. Na ciu­chy i fry­zu­rę, któ­re wte­dy wyda­wa­ły mi się naj­bar­dziej cza­der­skie na świe­cie, a teraz wyglą­da­ją głupio.

Żeby było jasne, Sam Neill nie zro­bił nicze­go złe­go. Po pro­stu za każ­dym razem, kie­dy go widzia­łam, przy­po­mi­na­łam sobie o moim nasto­let­nim fano­wa­niu akto­ra, któ­re, z per­spek­ty­wy cza­su, wyda­wa­ło mi się moc­no obcia­cho­wym zacho­wa­niem. Czy­li inny­mi sło­wy, byłam zaże­no­wa­na samą sobą. A Neill mi po pro­stu o tym przy­po­mi­nał. Dla­te­go, zaczę­łam uni­kać oglą­da­nia pro­duk­cji z jego udziałem.


Wspo­mnia­łam wcze­śniej, że Park Juraj­ski III, był pra­wie jedy­nym fil­mem z akto­rem, któ­ry widzia­łam w kinie. Pra­wie, bo wie­le lat póź­niej zoba­czy­łam Neil­la na dużym ekra­nie, w Thor: Ragna­rok. Krót­kie cameo, jed­na zabaw­na sce­na, któ­rej zupeł­nie się nie spodziewałam.

Nie­ste­ty wte­dy na widok Neil­la nie poczu­łam przy­jem­ne­go poczu­cia nostal­gii, „O, mój ulu­bio­ny aktor z dzie­ciń­stwa, co za miła nie­spo­dzian­ka!”. Zamiast tego przy­szło zaże­no­wa­nie: „O rety, to aktor, któ­re­go fani­łam, kie­dy byłam obcia­cho­wą nastolatką”.

Spotkanie po latach

Ten frag­ment histo­rii zna­cie. W 2020 roku ponow­nie obej­rza­łam Mer­li­na. Ciar­ki zaże­no­wa­nia cią­gle mi towa­rzy­szy­ły, ale posta­no­wi­łam je ignorować.

To było jed­no­ra­zo­we spo­tka­nie. Serial zoba­czo­ny, Dyr­dy­mał napi­sa­ny, koniec, wystar­czy – Sam Neill wró­cił do miej­sca, w któ­rym był wcze­śniej, czy­li do bycia czę­ścią moje­go dzie­ciń­stwa, a nie teraź­niej­szo­ści. Myśla­łam, że już na zawsze tam pozo­sta­nie. Jed­nak algo­ryt­my social-mediów zade­cy­do­wa­ły inaczej…


W 2025* roku ponow­nie odkry­łam Sama Neil­la, ale nie jako akto­ra, tyl­ko… insta­gra­me­ra, któ­ry rado­śnie opo­wia­dał o życiu na swo­jej far­mie, eks­cy­to­wał ter­mo­izo­la­cyj­ny­mi wła­ści­wo­ścia­mi weł­ny lub po pro­stu… spę­dzał czas ze swo­ją kacz­ką Mag­dą (tak, kacz­ka mia­ła pol­skie imię!).

Od tego momen­tu insta­gra­mo­we fil­my publi­ko­wa­ne przez Sama Neil­la sta­ły się miłym ele­men­tem mojej codzien­no­ści. Poczu­cie zaże­no­wa­nia nie znik­nę­ło, ale zosta­ło moc­no przy­ga­szo­ne. Chy­ba głów­nie przez to, że zmie­nił się kon­tekst. To już nie był Sam Neill – aktor, Mer­lin, Alan Grant, tyl­ko Sam Neill – insta­gra­mer, uro­czy star­szy pan, opo­wia­da­ją­cy o swo­jej farmie.

Sam Neill z papużkami lori na sobie, zdjęcie z jego Instagrama

źródło zdjęcia: Instagram Sama Neilla

Nigdy nie obej­rza­łam Juras­sic World: Domi­nion, czę­ścio­wo dla­te­go, bo cała seria Juras­sic World mnie nudzi, ale czę­ścio­wo przez to, że nie chcia­łam… psuć rela­cji, któ­rą uda­ło mi się wypra­co­wać z Samem Neil­lem. Bałam się, że obej­rze­nie go w fil­mie spra­wi, że moje poczu­cie zaże­no­wa­nia znów przy­bie­rze na sile, i potem nie będę potra­fi­ła wró­cić do casu­alo­we­go oglą­da­nia jego fil­mów na Instagramie.


* Rok 2025 jestem w sta­nie dokład­nie okre­ślić, bo to samo-neil­lo­wo-insta­gra­mo­we odkry­cie ucie­szy­ło mnie tak bar­dzo, że podzie­li­łam się nim na mojej face­bo­oko­wej gru­pie Hoł­ko­ła­ków.

Prezent pożegnalny

Poza insta­gra­mem, nie śle­dzi­łam żad­nych new­sów doty­czą­cych Sama Neil­la. O tym, że w kwiet­niu tego roku uda­ło mu się poko­nać – wyda­wa­ło­by się, że nie­ule­czal­ną – odmia­nę raka, też dowie­dzia­łam się z jego social-mediów.

O śmier­ci akto­ra w ponie­dzia­łek rano, 13 lip­ca 2026, napi­sa­ła mi moja Siostra.


Dziw­ne uczu­cie. Bez roz­pa­czy i więk­sze­go smut­ku. Tro­chę, jak­bym dowie­dzia­ła się, o śmier­ci kogoś, kogo mija­łam codzien­nie na uli­cy. Ktoś był i nagle go nie ma, życie jest kru­che i jak zawsze sta­now­czo za krót­kie. Aż tyle i… tyl­ko tyle…

Byłam prze­ko­na­na, że na tym się skoń­czy. Sam Neill nie był w koń­cu cele­bry­tą, akto­rem sze­ro­ko zna­nym z ról innych, niż ta w Par­ku Juraj­skim. Aktor umarł, koniec tema­tu, przejdź­my do innych newsów.

Sta­ło się jed­nak coś zupeł­nie inne­go. Znów zadzia­łał algo­rytm social-mediów i na moim feedzie poja­wi­ły się… wpi­sy innych fanów. Ludzi mówią­cych o tym, jak bar­dzo uwiel­bia­li tego akto­ra. Za jego błysk w oku, za nie­co kpią­cy uśmie­szek. Za wspa­nia­łe kre­acje aktor­skie, któ­re zagrał. Za fil­my, któ­re dziś oce­nia­ją wyżej, niż w dniu ich pre­mie­ry. I za to, jak sym­pa­tycz­nym i zdy­stan­so­wa­nym do sie­bie czło­wie­kiem Neill wyda­wał się być w social-mediach.

Po raz pierw­szy prze­sta­łam czuć, że moje dzie­cię­ce fano­wa­nie akto­ra było dzi­wac­twem. Ludzie na całym świe­cie dostrze­ga­li w nim dokład­nie to samo, co ja, kie­dy byłam nasto­lat­ką. Żad­ne­go pod­ko­chi­wa­nia się, po pro­stu podzi­wia­nie kunsz­tu aktor­skie­go i dobre­go vibe, jaki roz­ta­czał wokół sie­bie Neill.

Poczu­cie zaże­no­wa­nia, któ­re uwie­ra­ło mnie jesz­cze kil­ka tygo­dni temu, kie­dy oglą­da­łam, jak Sam Neill kar­mi zadzior­ne kaka­du, nagle cał­ko­wi­cie znik­nę­ło. Bo zro­zu­mia­łam, że nie ma się cze­go wstydzić.


Potrze­bo­wa­łam kil­ku dni, by zro­zu­mieć, że tak napraw­dę jest mi smut­no, że Sam Neill umarł. Jak to czę­sto bywa, dopie­ro gdy kogoś nam zabrak­nie, dostrze­ga­my, jak wie­le dla nas znaczył.

Potrze­bo­wa­łam dwóch tygo­dni, by napi­sać tego Dyr­dy­ma­ła, bo jak się oka­za­ło, nie było to łatwe. Cała ta podróż do prze­szło­ści, do moje­go dzie­ciń­stwa, oka­za­ła się nie lada wyzwa­niem. Ale to było jed­no­cze­śnie coś, cze­go napraw­dę potrzebowałam.

źródło filmu: Instagram Sama Neilla

Dzię­ku­ję ci, panie Neill. Za to, że poja­wi­łeś się w naj­mrocz­niej­szym momen­cie moje­go dzie­ciń­stwa i pomo­głeś się schro­nić w świe­cie magii. Za to, że przez ostat­ni rok bawi­łeś mnie swo­imi fil­mi­ka­mi na Insta­gra­mie. I za to, że nawet teraz, kie­dy odsze­dłeś, nauczy­łeś mnie cze­goś wartościowego.

Dzię­ku­ję. Będzie mi cie­bie brakowało!

Źró­dło zdję­cia ilu­stru­ją­ce­go wpis: Radio Zet.