Merlin

Myślę, że każ­dy z nas może wska­zać dzie­ła popkul­tu­ry, któ­re w dzie­ciń­stwie i mło­do­ści go ukształ­to­wa­ły. Tytu­ły, któ­re roz­pa­la­ły naszą wyobraź­nię i posia­da­ły boha­te­rów, z któ­ry­mi wspól­nie pra­gnę­li­śmy prze­ży­wać nie­sa­mo­wi­te przy­go­dy. Dla mnie jed­ną z takich pro­duk­cji był dwu­od­cin­ko­wy (i rów­no trzy­go­dzin­ny) mini-serial z 1998 roku – Mer­lin. To za jego spra­wą zain­te­re­so­wa­łam się tema­ty­ką mitów artu­riań­skich, a wcie­la­ją­cy się w tytu­ło­we­go boha­te­ra Sam Neill na wie­le lat zyskał sta­tus moje­go ulu­bio­ne­go akto­ra.

Ostat­nio nie­roz­trop­nie obej­rza­łam, rów­nież osa­dzo­ną w świe­cie kró­la Artu­ra, Prze­klę­tą od Net­fli­xa i ta tor­tu­ra spra­wi­ła, że posta­no­wi­łam w ramach rekon­wa­le­scen­cji wró­cić do kra­iny legend artu­riań­skich, któ­rą zna­łam z dzie­ciń­stwa. Wie­dzia­łam co praw­da, że będzie to ryzy­kow­na wypra­wa, bo się­ga­nie po dzie­ła, któ­re uwiel­bia­ło się w mło­do­ści może pro­wa­dzić do roz­cza­ro­wa­nia, a nawet – zaże­no­wa­nia. Stwier­dzi­łam jed­nak, że muszę zary­zy­ko­wać, bo to jedy­ny spo­sób, by spraw­dzić, czy Mer­lin jest tak dobry, jak go zapa­mię­ta­łam, czy wręcz prze­ciw­nie – to pro­duk­cja rów­nie kiep­ska, co Prze­klę­ta.

O co tu chodzi

Punk­tem wyj­ścia Mer­li­na jest to, że wie­ko­wy już cza­ro­dziej opo­wia­da nam histo­rię swo­je­go życia. Jego opo­wieść roz­po­czy­na się od tego, że magicz­ny świat zaczął umie­rać, bo pogań­skie bóstwa czer­pa­ły moc z wia­ry swo­ich wyznaw­ców, a ci zaczę­li się chry­stia­ni­zo­wać. Z tego powo­du jed­na z takich pra­daw­nych bogiń – Kró­lo­wa Mab (w tej roli Miran­da Richard­son) – posta­na­wia stwo­rzyć obda­rzo­ne­go potęż­ną, magicz­ną mocą czło­wie­ka, któ­ry nawró­ci ludzi na sta­rą wia­rę. I tak na świat przy­szedł Mer­lin, któ­ry tro­chę, jak Jezus – został uro­dzo­ny przez śmier­tel­nicz­kę, ale jed­no­cze­śnie nie posia­dał śmier­tel­ne­go ojca (ale za to miał dru­gą, tym razem nie­śmier­tel­ną mat­kę, czy­li Mab).

Mer­lin wycho­wał się wśród ludzi, nie­świa­do­my swo­je­go pocho­dze­nia oraz mocy. Kie­dy dorósł, został wysła­ny na nauki do Kró­lo­wej Mab. Nie­ste­ty mło­dy cza­ro­dziej nie lubił magii, a potem w wyni­ku pew­nych zda­rzeń – prze­rwał szko­le­nie w poło­wie, przez co nigdy w peł­ni nie roz­wi­nął swo­ich mocy.

Merlin - istoty magiczne

Jeśli wychowaliście się na filmach takich, jak Niekończąca się opowieść albo Legenda, to wygląd istot magicznych w Merlinie wyda się wam znajomy. Świat ludzi, dla odmiany, prezentuje się bardziej realistycznie.

Minę­ły lata, Mer­lin (któ­ry dopie­ro w tym momen­cie zyskał twarz Sama Neil­la) zako­chał się w szlach­cian­ce Nimue (w tej roli Isa­bel­la Ros­sel­li­ni). Kró­lo­wa Mab nie chcia­ła jed­nak, by nasz cza­ro­dziej wiódł spo­koj­ne życie, dla­te­go rzu­ci­ła wybran­kę jego ser­ca smo­ko­wi na pożar­cie. Nimue nie zosta­ła co praw­da zje­dzo­na, ale moc­no przy­pie­czo­na i co za tym idzie – oszpe­co­na – przez smo­czy ogień. To nato­miast dopro­wa­dzi­ło do tego, że Mer­lin posta­no­wił – na prze­kór Mab – posa­dzić na tro­nie Anglii chrze­ści­jań­skie­go kró­la, któ­ry przy oka­zji będzie dobrym i spra­wie­dli­wym wład­cą.

Tak w dużym skró­cie wyglą­da pierw­sza poło­wa pierw­sze­go odcin­ka seria­lu. Dalej histo­ria dość wier­nie bazu­je na mitach artu­riań­skich, więc nie będę już stresz­czać jej prze­bie­gu. Nato­miast do samej fabu­ły Mer­li­na wró­cę jesz­cze w dal­szej czę­ści Dyr­dy­ma­ła.

Dawniej wyglądało to lepiej

Mówi się, że kom­pu­te­ro­we efek­ty spe­cjal­ne są naj­szyb­ciej sta­rze­ją­cym się ele­men­tem fil­mu. Moim zda­niem nie jest to do koń­ca praw­da, bo w rze­czy­wi­sto­ści to nie efek­ty spe­cjal­ne się sta­rze­ją, tyl­ko roz­wi­ja tech­no­lo­gia, na któ­rej je oglą­da­my.

Cho­dzi mi o to, że kie­dy po raz pierw­szy widzia­łam Mer­li­na, ten tra­fił do mnie za pośred­nic­twem tele­wi­zji ana­lo­go­wej*, nagra­łam go na kase­cie VHS i potem oglą­da­łam na tele­wi­zo­rze kine­sko­po­wym. A co za tym idzie: roz­dziel­czość obra­zu była tak niska, że nie dało się na nim dostrzec wie­lu deta­li oraz man­ka­men­tów. W obec­nej chwi­li, kie­dy zoba­czy­łam tą samą pro­duk­cję, w wer­sji zre­ma­ste­ro­wa­nej do for­ma­tu HD, na ekra­nie o roz­dziel­czo­ści Ful­lHD – to widzia­łam dokład­nie, co do pik­se­la, w któ­rym miej­scu zosta­ły wsta­wio­ne efek­ty spe­cjal­ne.

Merlin - Camelot

Ach, Camelot! Dwadzieścia lat temu taki widok robił wrażenie. Dziś widać, że zamek jest nieco sztuczny, a samo ujęcie nie wywołuje już efektu WOW.

Efek­ty spe­cjal­ne (któ­rych w Mer­li­nie, jak na rok 1998, było dość dużo, ale jed­no­cze­śnie nie były one nad­uży­wa­ne) nie są nie­ste­ty jedy­nym ele­men­tem, któ­ry obec­nie nie pre­zen­tu­je się ład­nie. Współ­cze­sne kino oraz tele­wi­zja przy­zwy­cza­iły nas tak­że do poka­zy­wa­nia wyra­zi­stych kolo­rów (HDR), zapie­ra­ją­cych dech w pier­si zdjęć kra­jo­bra­zów (któ­re obec­nie są nagry­wa­ne głów­nie przy pomo­cy dro­nów) oraz arty­stycz­nych bądź w jaki­kol­wiek spo­sób nie­tu­zin­ko­wych ujęć. Tym­cza­sem Mer­lin, choć krę­co­ny w nie­wąt­pli­wie pięk­nych, bry­tyj­skich ple­ne­rach, któ­rych widok dwa­dzie­ścia lat temu robił na mnie gigan­tycz­ne wra­że­nie – obec­nie pre­zen­tu­je się sza­ro, buro i mało efek­tow­nie.


* Jak poda­je Wiki­pe­dia, sto­so­wa­ny mię­dzy inny­mi w Pol­sce sys­tem PAL miał roz­dziel­czość 768x576px. Dla porów­na­nia roz­dziel­czość HD wyno­si 1280x720px, Ful­lHD – 1920x1080px, a 4K to aż 4096x2160px.

Kicz prawdziwy, czy zamierzony?

Mer­lin powstał pod koniec lat dzie­więć­dzie­sią­tych i widać, że stoi na roz­dro­żu pomię­dzy este­ty­ką koń­ca XX i począt­ku XXI wie­ku. Z jed­nej stro­ny mamy więc stro­je i deko­ra­cje, któ­re zgod­nie z bar­dziej współ­cze­sną modłą – sta­ra­ją się odzwier­cie­dlać realia cza­sów, w któ­rych roz­gry­wa się akcja seria­lu. Z dru­giej jest cho­ciaż­by Kró­lo­wa Mab, któ­ra z wyglą­du przy­po­mi­na typo­we­go zło­la z kina roz­ryw­ko­we­go z lat dzie­więć­dzie­sią­tych (a może i nawet osiem­dzie­sią­tych).

Merlin - Mab

Go, go, Power Rangers!

Czas powsta­nia seria­lu oraz ta dwo­ja­ka sty­li­sty­ka powo­du­ją nato­miast, że cięż­ko jest mi stwier­dzić, czy ele­men­ty Mer­li­na, któ­re obec­nie wyda­ją mi się kiczo­wa­te (choć te dwa­dzie­ścia lat temu raczej tak o nich nie myśla­łam), rze­czy­wi­ście takie są, czy też mamy do czy­nie­nia z campem (któ­re­go w mło­do­ści nie zauwa­ży­łam). Róż­ni­ca mię­dzy jed­nym a dru­gim jest bowiem taka, że kicz powsta­je przy­pad­kiem (twór­ca chciał stwo­rzyć wspa­nia­łe dzie­ło, ale wbrew jego woli zosta­ło ono ode­bra­ne jako coś kiczo­wa­te­go), a camp jest dzia­ła­niem zamie­rzo­nym (twór­ca świa­do­mie two­rzy coś kiczo­wa­te­go).

Merlin - płaszcz

Ponownie muszę tu wrócić do problemu „w niższej rozdzielczości było lepiej”.

Kiedy wcześniej oglądałam Merlina widziałam tylko, że główny bohater ma bajerancki płaszcz z kruczych piór. Dopiero teraz, za sprawą obrazu w wyższej rozdzielczości zauważyłam, że płaszcz czarodzieja jest dodatkowo upstrzony ptasimi czaszkami oraz dziwnymi (choć niewątpliwie magicznymi) symbolami (w powyższym kadrze ich nie widać). Co więcej okazuje się, że Merlin miał wielką słabość do apaszek ozdobionych gwiazdkami (o ile płaszcza nie zmieniał nigdy, to apaszek miał aż kilka!).

Podejrzewam, że osoby odpowiedzialne za zaprojektowanie stroju czarodzieja raczej nie chciały, by ich dzieło zostało odebrane jako coś kiczowatego. Niestety wspomniane detale sprawiają, że dziś właśnie tak oceniam ten płaszcz.

War­to mieć na uwa­dze tak­że to, że serial ma bar­dziej baśnio­wy, niż fan­ta­stycz­ny cha­rak­ter. Całość jest wizu­ali­za­cją histo­rii przed­sta­wia­nej przez Mer­li­na i kie­dy pod koniec jego opo­wie­ści, ktoś (nie zdra­dzę, kto) zwra­ca mu uwa­gę, że ten nie­co prze­ina­czył pew­ne fak­ty, cza­ro­dziej odpo­wia­da, że prze­ka­zu­je taką wer­sję wyda­rzeń, któ­rej ludzie naj­bar­dziej lubią słu­chać. A to świet­nie tłu­ma­czy wszel­kie histo­rycz­no-sty­li­stycz­ne nie­ści­sło­ści, jakie wcze­śniej poka­zy­wał serial.

Zgodnie z tym, co mówią legendy – Lancelot w Merlinie jest rycerzem w lśniącej zbroi (nawet, jeśli nie jest to zbroja z jego epoki), natomiast Czarny Rycerz, czyli Mordred, ubiera się tak złowieszczo, jak to tylko jest możliwe.

A więc kicz, czy camp? Myślę, że w Mer­li­nie jed­no prze­pla­ta się z dru­gim. Bo znaj­dzie­my tu zarów­no ele­men­ty, któ­re celo­wo zosta­ły prze­kom­bi­no­wa­ne, jak i takie, któ­re twór­cy seria­lu chy­ba trak­to­wa­li cał­ko­wi­cie poważ­nie, a któ­re dziś – nie­ste­ty już na takie nie wyglą­da­ją.

Prawdziwa magia

Jed­nym z ele­men­tów, któ­re urze­kły mnie w Mer­li­nie, kie­dy obej­rza­łam go po raz pierw­szy, były zasa­dy, wedle któ­rych dzia­ła magia.

Pod­czas krót­kiej lek­cji teo­rii magii, któ­rej razem z mło­dym Mer­li­nem wysłu­chu­je­my na począt­ku seria­lu, dowia­du­je­my się, że w cza­ro­wa­niu ist­nie­ją trzy pozio­my zaawan­so­wa­nia. Naj­prost­sze są zaklę­cia wyma­ga­ją­ce uży­cia słów. Bar­dziej uzdol­nie­ni cza­ro­dzie­je nie muszą nicze­go mówić, bo do rzu­ca­nia cza­rów uży­wa­ją gestów (i wła­śnie taką umie­jęt­ność osta­tecz­nie posią­dzie Mer­lin). Nato­miast mistrzo­wie magii cza­ru­ją tyl­ko przy pomo­cy myśli.

Dodat­ko­wo ist­nie­je podział na magię, któ­ra jest praw­dzi­wa oraz na ilu­zje, któ­re są jedy­nie sztucz­ka­mi, w żaden spo­sób nie zmie­nia­ją­cy­mi rze­czy­wi­sto­ści.

Jak widzi­cie podział jest pro­sty i jasny, ale jed­no­cze­śnie dzię­ki temu, że twór­cy seria­lu nie zdra­dza­ją nam więk­szej ilo­ści szcze­gó­łów – magia w Mer­li­nie cały czas jest czymś tajem­ni­czym i mistycz­nym.

(na począt­ku kli­pu obraz jest popsu­ty, ale po kil­ku sekun­dach wszyst­ko widać już dobrze)


Świat w Mer­li­nie jest prze­peł­nio­ny magią, więc oczy­wi­ście muszą go zamiesz­ki­wać mniej lub bar­dziej mitycz­ne stwo­rze­nia. Poza Kró­lo­wą Mab, dość dobrze pozna­je­my tak­że jej sio­strę – Panią Jezio­ra oraz (krad­ną­ce­go cały serial) gno­ma Fri­ka. Nato­miast w lasach kry­ją się elfy oraz gry­fy, w jaski­niach drze­mią strasz­li­we smo­ki, a jeden z masy­wów gór­skich jest bra­tem Gie­won­tu, czy­li kamien­nym gigan­tem, któ­ry cały czas drze­mie, ale odpo­wied­nio dźgnię­ty Exca­li­bu­rem – może się na moment prze­bu­dzić.

Nie­któ­re z magicz­nych istot są obda­rzo­ne inte­lek­tem, inne zacho­wu­ją podob­nie, jak zwie­rzę­ta. Część kry­je się przed wzro­kiem ludzi, a nie­któ­re – prze­ciw­nie – zda­ją się być tak powszech­ne, że ich widok niko­go nie dzi­wi. Przy czym znów: twór­cy seria­lu nie tłu­ma­czą nam szcze­gó­łów, jedy­nie nakre­śla­ją pew­ne ele­men­ty, a to jak wyja­śni­my sobie resz­tę – zale­ży tyl­ko i wyłącz­nie od naszej wyobraź­ni.

Merlin - Pani Jeziora i Królowa Mab

Mity i legendy od wieków uczyły nas, że czasem dobro i zło są jak dwie strony tej samej monety. Czyli choć są przeciwnymi wartościami, to stanowią jedną całość.

Merlin w pewien sposób również korzysta z tej „filozofii”. W serialu mamy więc, będącą ucieleśnieniem dobra, Panią Jeziora oraz Królową Mab, która jest głównym źródłem zła w opowiadanej nam historii. Obydwie postaci są jednak siostrami, a ich wzajemne powiązanie dodatkowo podkreśla to, że są one grane przez tą samą aktorkę – Mirandę Richardson.

Wiem, że serial nie wyja­śniał dokład­niej dzia­ła­nia magii z jed­nej stro­ny z powo­du tego, że miał tyl­ko dwa odcin­ki, więc nie było na to cza­su. Z dru­giej – nie­wąt­pli­wie takie mało szcze­gó­ło­we przed­sta­wie­nie spra­wy było dla twór­ców Mer­li­na pew­ne­go rodza­ju zabez­pie­cze­niem. W pro­duk­cji poja­wi­ły się bowiem ele­men­ty, któ­re nie do koń­ca trzy­ma­ły się kupy (przy­kła­do­wo, w jed­nym momen­cie Mer­lin nie mógł cza­ro­wać, bo miał zwią­za­ne ręce – ale dla­cze­go w takiej sytu­acji nie wypo­wie­dział zaklę­cia sło­wa­mi?) albo takie, któ­re były zupeł­nie z cza­py (nagle oka­zu­je się, że cza­ro­dziej ma gada­ją­ce­go konia – skąd go wziął i dla­cze­go zwie­rzak gada? – nie wia­do­mo!). I te nie­pra­wi­dło­wo­ści moż­na było sobie wytłu­ma­czyć w taki wła­śnie spo­sób, że nie wie­my do koń­ca, jak w Mer­li­nie dzia­ła magia.

Wspo­mnia­ne nie­do­po­wie­dze­nia były też jed­nym z ele­men­tów, któ­re spra­wi­ły, że w mło­do­ści tak bar­dzo poko­cha­łam ten serial. Bo jak pisa­łam wcze­śniej – dawa­ły one wiel­ką pożyw­kę mojej wyobraź­ni. Spra­wia­ły, że we wła­snej gło­wie wypeł­nia­łam luki, któ­re zasta­łam w fabu­le, a potem coraz bar­dziej i bar­dziej roz­bu­do­wy­wa­łam magicz­ny świat przed­sta­wio­ny w tej pro­duk­cji.

I choć przy­zna­ję, że teraz dostrze­gam, iż uni­wer­sum Mer­li­na nie jest cał­ko­wi­cie ide­al­ne, a nie­któ­re jego ele­men­ty są w obec­nej chwi­li dość kiczo­wa­te lub naiw­ne, to jed­no­cze­śnie ogól­ne zało­że­nia, któ­ry­mi rzą­dzi się magia w tym seria­lu – cały czas wyda­ją mi się faj­nie skon­stru­owa­ne.

Dla niektórych czas był łaskawy, dla innych trochę mniej

Dwa­dzie­ścia lat temu pro­duk­cje tele­wi­zyj­ne uzna­wa­no za dzie­ła nie­co gor­sze­go sor­tu, przez co rzad­ko gry­wa­li w nich sław­ni akto­rzy. Z tego powo­du dość nie­zwy­kłe jest to, jak wie­le zna­nych nazwisk poja­wi­ło się w obsa­dzie Mer­li­na. Mało tego, dziś ta lista robi jesz­cze więk­sze wra­że­nie, bo w seria­lu wystą­pi­li też akto­rzy i aktor­ki, któ­rzy wte­dy byli mało zna­ni, ale teraz sta­li się znacz­nie bar­dziej popu­lar­ni.

Merlin - Ginewra

Oto Ginewra! W 1998 roku jej historia skończyła się tak, że niewierna królowa odjechała w siną dal z Lancelotem. Dziś wiemy, jak potoczyły się jej dalsze losy!

Otóż po opuszczeniu Camelotu, kobieta porzuciła swojego kochanka, zmieniła imię i nazwisko, a potem razem z rodziną uciekła do innej bajki, czyli do krainy Westeros. Co ciekawe, jej śladem podążyło też kilku Rycerzy Okrągłego Stołu.

Z pew­nym zasko­cze­niem odkry­łam, że w obec­nej chwi­li zupeł­nie ina­czej, niż kie­dyś, oce­niam grę aktor­ską w seria­lu. Zno­wu jed­nak mam pro­blem ze zdia­gno­zo­wa­niem, co jest tego przy­czy­ną. Zmia­nie mogły bowiem ulec moje gusta i ocze­ki­wa­nia doty­czą­ce aktor­stwa albo to, że dwa­dzie­ścia lat temu spo­sób gry aktor­skiej oraz wytycz­ne reży­se­rów były zupeł­nie inne, niż obec­nie. A może wpływ na moją oce­nę mają oby­dwa te czyn­ni­ki jed­no­cze­śnie?

W każ­dym razie, w obec­nej chwi­li widzę, że akto­rom gra­ją­cym w seria­lu uda­ło się osią­gnąć zło­ty śro­dek pole­ga­ją­cy na tym, że wło­ży­li ser­ce w gra­nie swo­ich posta­ci, ale jed­no­cze­śnie – nie trak­to­wa­li ich śmier­tel­nie poważ­nie. Pro­blem w tym, że wszy­scy odgry­wa­li swo­je role w dość teatral­ny spo­sób, a więk­szość boha­te­rów Mer­li­na była nie­ste­ty bar­dzo papie­ro­wa. To powo­du­je nato­miast, że dziś wie­le scen w seria­lu pre­zen­tu­je się drę­two lub śmiesz­nie.

Merlin - Vortigern

Kiedy byłam młodsza, nie lubiłam Vortigerna. Teraz oglądanie granej przez Rutgera Hauera postaci sprawiło mi nie lada radość, bo dostrzegłam z jak dużym przymrużeniem oka aktor zagrał swoją rolę.

To, że doro­słam spra­wi­ło tak­że, że zupeł­nie ina­czej zaczę­łam postrze­gać oraz oce­niać pew­nych boha­te­rów Mer­li­na. Przy­kła­do­wo, kie­dyś gnom Frik wyda­wał mi się głu­pią (choć osta­tecz­nie dość tra­gicz­ną) posta­cią. Teraz nato­miast wypo­wia­da­ne przez nie­go żar­ty, wyda­ją mi się bar­dziej zabaw­ne, niż kie­dyś, a same­go boha­te­ra – odbie­ram jako jed­ną z cie­kaw­szych posta­ci w seria­lu.

Merlin - Frik

Możecie nie kojarzyć Martina Shorta z nazwiska, ale na pewno widzieliście niejeden film z jego udziałem, bo aktor zagrał w paru, głośnych produkcjach (w tym w kilku komediach ze Stevem Martinem). Niestety XXI wiek nie był dla niego łaskawy i na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat Short pojawiał się głównie w programach typu talk-show oraz użyczał głosu animowanym postaciom.

Dla odmia­ny naj­go­rzej napi­sa­ną posta­cią jest moim zda­niem uko­cha­na Mer­li­na – Nimue. Nie mam stu­pro­cen­to­wej pew­no­ści, ale wyda­je mi się, że już dwa­dzie­ścia lat temu boha­ter­ka ta nie wzbu­dza­ła we mnie duże­go entu­zja­zmu. W obec­nej chwi­li nato­miast, naj­bar­dziej iry­tu­je mnie to, jak bar­dzo popsu­to tą postać.

Nimue jest bowiem arche­ty­picz­ną nie­wia­stą czy­ste­go ser­ca. To moż­na jej wyba­czyć, ze wzglę­du na baśnio­wość Mer­li­na. Rze­czy w tym, że na począt­ku kobie­ta ma jakąś oso­bo­wość, potra­fi tup­nąć nogą i w spryt­ny spo­sób roze­grać pew­ne spra­wy. Nato­miast po tym, jak zosta­je popa­rzo­na, jej rola ogra­ni­cza się do roz­pa­cza­nia, że stra­ci­ła swo­ją uro­dę. A to jest nie tyl­ko mega dener­wu­ją­ce, ale też poka­zu­je, że Nimue jest w rze­czy­wi­sto­ści oso­bą dość próż­ną – wszak dba­nie o ład­ny wygląd nie powin­no być przy­wa­rą nie­wia­sty czy­ste­go ser­ca.

Merlin - Nimue

Ostatnio coraz częściej mówi się o tym, że jedną z niesprawiedliwości showbiznesu, z którą należy walczyć jest to, że o ile aktorzy właściwie w każdym wieku mogą bez problemu znaleźć pracę, tak aktorki mają znacznie krótszy „termin przydatności” i kiedy w wieku trzydziestu kilku lat stracą swój młodzieńczy wdzięk, to ich kariera właściwie jest skończona. Dlatego godnym pochwały elementem Merlina jest to, że „zanim to było modne” – główne, damskie role w serialu odgrywały dojrzałe kobiety.

Niestety, tu ponownie pojawia się problem „dawniej wyglądało to lepiej”. Bo o ile w niskiej rozdzielczości można było się nabrać, że na początku serialu Nimue jest młodą osobą, tak teraz, na obrazie lepszej jakości doskonale widać, iż jest to postać baaardzo dojrzała.

To natomiast niszczy realizm, na którym niewątpliwie zależało twórcom serialu, bo na widok takiej niemłodej Nimue*, natychmiast zaczęłam się zastanawiać, jak to możliwe, że w tamtych realiach udało się jakiejś kobiecie dożyć tak leciwego wieku bez wychodzenia za mąż lub zostawania zakonnicą.

Pora na naj­trud­niej­szą rolę do oce­nie­nia, czy­li Mer­li­na w wyko­na­niu Sama Neil­la. I nie będę ukry­wać – jestem w tym momen­cie w gigan­tycz­nej roz­ter­ce.

Sam Neill, podob­nie jak inni akto­rzy w seria­lu, zręcz­nie balan­so­wał pomię­dzy gra­niem swo­jej posta­ci na serio i nie do koń­ca poważ­nie. Poza tym jest masa scen, pod­czas któ­rych Neill ma taki błysk w oku, że mamy pew­ność, iż gra­ny przez nie­go Mer­lin, choć wyglą­da nie­po­zor­nie – bez tru­du mógł­by jed­nym ruchem ręki poko­nać zna­mie­ni­tych wład­ców i walecz­nych ryce­rzy, któ­rzy go ota­cza­ją. I są też inne sce­ny – takie, w któ­rych aktor dla odmia­ny uśmie­cha się kąci­kiem ust, jak­by bawi­ło go to, że ci wszy­scy wład­cy oraz ryce­rze – uwa­ża­ją się za potęż­niej­szych od nie­go.

Merlin - drzwi

Niewątpliwie jedną z najbardziej magicznych mocy Merlina była umiejętność dramatycznego wchodzenia do komnat królewskich oraz innych pomieszczeń.

Pro­blem w tym, że tak, jak napi­sa­łam wcze­śniej – akto­rzy w seria­lu gra­ją z teatral­ną manie­rą i Sam Neill nie jest tu wyjąt­kiem. To spra­wia, że w wie­lu sce­nach aktor bar­dziej dekli­nu­je, niż wypo­wia­da pew­ne kwe­stie. I jest to o tyle przy­kre, że czę­sto to, co mówi Mer­lin, jest świet­nie napi­sa­nym tek­stem, ale ze wzglę­du na spo­sób, w jaki Neill wypo­wie­dział te sło­wa – dziś wie­le z nich nie wybrzmie­wa już tak dobrze, jak kie­dyś.

Tak, jak napi­sa­łam na wstę­pie – w dzie­ciń­stwie polu­bi­łam Mer­li­na, a to z kolei spo­wo­do­wa­ło, że zaczę­łam kibi­co­wać Samo­wi Neil­lo­wi. Dziś dostrze­gam, że aktor nie zagrał legen­dar­ne­go cza­ro­dzie­ja w wybit­ny spo­sób (choć w 1999 roku, dostał za tą rolę nomi­na­cję do Zło­te­go Glo­bu). I gdy­bym po raz pierw­szy pozna­ła Mer­li­na z Mer­li­na dopie­ro teraz – postać ta raczej nie wzbu­dzi­ła­by we mnie więk­sze­go zain­te­re­so­wa­nia, a Sam Neill – nie zachwy­cił swo­imi umie­jęt­no­ścia­mi aktor­ski­mi.


* Tak na mar­gi­ne­sie zasta­na­wiam się ile lat, zda­niem twór­ców Mer­li­na, mie­li boha­te­ro­wie seria­lu. Załóż­my bowiem, że w chwi­li, w któ­rej Mer­li­na zaczy­na grać Sam Neill, cza­ro­dziej ma 30 lat. Póź­niej­sze wyda­rze­nia roz­gry­wa­ją się na prze­strze­ni jakiś 30-40 lat. Czy­li inny­mi sło­wy, w chwi­li, w któ­rej (spo­iler!) król Artur umie­ra, Mer­lin ma jakieś 60-70 lat (choć wyglą­da dokład­nie tak samo, jak w wie­ku trzy­dzie­stu lat… czyż­by dzia­ła­ły tu jakieś cza­ry?). Nie zapo­mi­naj­my jed­nak, że cza­ro­dzie­ja pozna­je­my jako wie­ko­we­go sta­rusz­ka – z siwy­mi wło­sa­mi i rów­nie siwą, dłu­gą bro­dą. Pyta­nie więc, ile lat Mer­lin miał wte­dy? Dzie­więć­dzie­siąt? Sto dwa­dzie­ścia? A może jesz­cze wię­cej?

Szczegóły obok których nie można przejść obojętnie

Wspo­mnia­łam wcze­śniej o tym, że „świat ludzi” w seria­lu, jest przed­sta­wio­ny dość reali­stycz­nie, muszę jed­nak poświę­cić kil­ka zdań wię­cej temu tema­to­wi.

Nie jestem kostiu­mo­lo­giem, a na histo­rii archi­tek­tu­ry znam się tyl­ko pobież­nie. Wyda­je mi się jed­nak, że jeśli cho­dzi o stro­je oraz wystro­je wnętrz, to nawet w porów­na­niu do dzi­siej­szych pro­duk­cji Mer­lin nie ma się cze­go wsty­dzić.

W seria­lu poja­wia się kil­ku wład­ców i każ­dy z nich (wraz ze swo­ją świ­tą) ubie­ra się w nie­co innym sty­lu. Nie­któ­re frak­cje mają taki ekwi­pu­nek, jak żoł­nie­rze z Cesar­stwa Rzym­skie­go, uzbro­je­nie innych jest bar­dziej „nowo­cze­sne”, czy­li inspi­ro­wa­ne tym, co nosi­li wcze­sno-śre­dnio­wiecz­ni wojo­wie lub wikin­go­wie.

Budyn­ki nato­miast – jak na realia cza­sów, w któ­rych roz­gry­wa się akcja seria­lu – zwy­kle są drew­nia­ne, a kie­dy już poja­wia­ją się kamien­ne twier­dze – widać, że mają one funk­cję czy­sto obron­ną i nie posia­da­ją zbęd­nych ozdob­ni­ków. Tak samo pre­zen­tu­je się Came­lot, któ­ry ani tro­chę nie przy­po­mi­na pała­cu z baj­ki, jest po pro­stu typo­wym, „kwa­dra­to­wym”, kom­plek­sem budyn­ków w sty­lu romań­skim.

Merlin - rycerz

Serial pokazuje, iż jego akcja rozgrywa się na przełomie ery magii i czasów niemagicznych, także poprzez zestawienie ze sobą stylistyki starożytnej ze średniowieczną.

Kolej­nym ele­men­tem Mer­li­na, obok któ­re­go nie moż­na przejść obo­jęt­nie, jest ścież­ka dźwię­ko­wa. Tą skom­po­no­wał nie byle kto, bo Tre­vor Jones. I to sły­chać! Na takiej zasa­dzie, że sound­track nie tyl­ko świet­nie współ­gra ze sce­na­mi, w któ­rych roz­brzmie­wa, ale też jest peł­no­praw­nym ele­men­tem seria­lu, a nie jedy­nie melo­dyj­ką, któ­ra przy­gry­wa gdzieś w tle. Co wbrew pozo­rom wca­le nie jest łatwe do osią­gnię­cia (kie­dy ostat­nim razem wpa­dła wam w ucho ścież­ka dźwię­ko­wa z jakie­goś inne­go seria­lu? Bo mnie nie zda­rza się to czę­sto!). Z resz­tą, co ja wam będę tłu­ma­czyć – posłu­chaj­cie sami:

Czary nienaszych czasów

Ponow­ne odwie­dze­nie artu­riań­skiej kra­iny moje­go dzie­ciń­stwa było dość dziw­ną podró­żą. Przy­po­mi­na­ło patrze­nie na sta­rą foto­gra­fię z moim udzia­łem, w przy­pad­ku któ­rej, choć pamię­ta­łam, jakie emo­cje towa­rzy­szy­ły mi pod­czas jej wyko­ny­wa­nia, to teraz widok zdję­cia już ich nie wywo­ły­wał. Zamiast tego było lek­kie zaże­no­wa­nie śmiesz­ny­mi fry­zu­ra­mi i ciu­cha­mi, ale też deli­kat­ne poczu­cie nostal­gii, że daw­niej było jed­nak jakoś lepiej i faj­niej.

Przez ostat­nie dwa­dzie­ścia lat nie tyl­ko ja doro­słam, ale też doj­rzał spo­sób, w jaki w popkul­tu­rze opo­wia­da się histo­rie. I z jed­nej stro­ny to dobrze, że nikt nie mydli nam oczu i poka­zu­je, że świat może być brud­ny, okrut­ny i bru­tal­ny. Z dru­giej jed­nak tro­chę szko­da, że pra­wie nikt nie pró­bu­je już opo­wia­dać nam baśni, a jeśli już ktoś się tego podej­mu­je – zwy­kle robi to w for­mie ani­ma­cji, a nie pro­duk­cji z praw­dzi­wy­mi akto­ra­mi.

Merlin - Helena Bonham Carter

Funny fact: w Merlinie pierwszy raz zobaczyłam Helenę Bonham Carter. I choć od tamtego czasu lubię tą aktorkę, to jednocześnie nie mogę oprzeć się wrażeniu, że artystka w każdej produkcji gra mniej więcej tą samą postać – Morganę z Merlina.

Nie umiem oce­nić, czy Mer­lin jest lep­szy od Prze­klę­tej. Na pew­no jego oglą­da­nie mnie nie zmę­czy­ło, ale to dzię­ki temu, że serial miał tyl­ko dwa odcin­ki (gdy­by był tak dłu­gi, jak pro­duk­cja Net­fli­xa, spra­wy mogły­by przy­brać inny obrót). Nie będę też ukry­wać, że poczu­łam ulgę, bo oba­wia­łam się, że ponow­ne zoba­cze­nie tej pro­duk­cji bar­dziej mnie roz­cza­ru­je.

Jed­no­cze­śnie jest mi tro­chę przy­kro. Bo widzi­cie – ist­nie­je masa fil­mów, któ­re choć są od Mer­li­na star­sze, to dziś oglą­da mi się je z rów­nie dużą przy­jem­no­ścią, jak wte­dy, kie­dy byłam dziec­kiem. Dla­te­go strasz­nie szko­da, że Mer­lin nie prze­trwał pró­by cza­su i jego magia już na mnie nie dzia­ła.


I tak sobie jesz­cze myślę, że tym, co w Mer­li­nie zesta­rza­ło się naj­bar­dziej, jest for­ma seria­lu. Nato­miast jego treść, jak na dobrą baśń przy­sta­ło, jest tyl­ko pre­tek­stem do pew­nych roz­wa­żań na temat ludz­kiej natu­ry. Dla­te­go wyda­je mi się, że gdy­by ją odku­rzyć i ubrać w bar­dziej współ­cze­sny strój – bez pro­ble­mu zdo­by­ła­by ser­ca dzi­siej­szych widzów. Zwłasz­cza, że mity artu­riań­skie są prze­cież stwo­rzo­ne do tego, by wciąż i wciąż opo­wia­dać je na nowo.

A na koniec (lub pra­wie na koniec) jesz­cze jed­na uwa­ga. Nie jestem w tej dzie­dzi­nie eks­per­tem i mogę się mylić, ale wyda­je mi się, że Mer­lin w chwi­li powsta­nia był pro­duk­cją tak ambit­ną, wyso­ko­bu­dże­to­wą i epic­ką, jak kil­ka lat temu Gra o tron (takie przy­naj­mniej wra­że­nie moż­na odnieść, pod­czas oglą­da­nia fil­mi­ku, któ­ry zamiesz­czam poni­żej). Serial został też wyróż­nio­ny wie­lo­ma nagro­da­mi (oraz nomi­na­cja­mi do jesz­cze więk­szej ilo­ści sta­tu­etek). Czy dziś zgar­nął­by choć jed­ną pochwa­łę? Wąt­pię. A to świet­nie poka­zu­je, jak szyb­ko zmie­nia­ją się gusta widzów oraz recen­zen­tów. I jak nie­wie­le cza­su trze­ba, by pew­ne dzie­ła stra­ci­ły na war­to­ści.

A teraz już zupeł­nie na koniec: cie­ka­wost­ka. W 2006 roku powstał Uczeń Mer­li­na (Merlin's Appren­ti­ce), któ­ry na pierw­szy rzut oka wyglą­da, jak kon­ty­nu­acja Mer­li­na. Serial wypro­du­ko­wa­ła ta sama sta­cja tele­wi­zyj­na, w obsa­dzie znów poja­wił się Sam Neill oraz Miran­da Richard­son. Rzecz w tym, że to wszyst­ko ście­ma, bo fabu­ła oraz świat przed­sta­wio­ny „sequ­ela” nijak ma się do wyda­rzeń, jakie zna­my z Mer­li­na, nato­miast Richard­son i Neill, choć wcie­la­ją się w posta­ci, któ­re nazy­wa­ją się tak samo, jak w pro­duk­cji z 1998, to jed­no­cze­śnie są to zupeł­nie inni boha­te­ro­wie (Pani Jezio­ra jest anta­go­nist­ką, a Mer­lin ma zupeł­nie inny cha­rak­ter oraz znacz­nie gor­sze ucze­sa­nie i strój).

Gdy­by­ście więc chcie­li zer­k­nąć na serial, o któ­rym wam opo­wie­dzia­łam, to… nie pomyl­cie Mer­li­na! ︎;)


Uff, na dziś wystar­czy już tego dyr­dy­ma­le­nia. A do tych z was, któ­rzy doczy­ta­li do tego miej­sca, mam trzy pyta­nia. Czy macie jakieś uko­cha­ne fil­my lub seria­le fan­ta­sy z dzie­ciń­stwa, któ­re ukształ­to­wa­ły waszą wyobraź­nię? I jaka pro­duk­cja fan­ta­sy z daw­nych lat (nie­ko­niecz­nie taka, któ­rą lubi­cie) powin­na zostać waszym zda­niem nakrę­co­na na nowo? A poza tym – czy widzie­li­ście już kie­dyś Mer­li­na? Daj­cie znać w komen­ta­rzach, bo bar­dzo mnie to cie­ka­wi! ︎:)

wpis ilu­stru­ją kadry z seria­lu Mer­lin