Pod koniec listo­pa­da Wil­liam Ficht­ner obcho­dził swo­je uro­dzi­ny. I podej­rze­wam, że w tym roku musia­ła to być hucz­na impre­za, bo Bill miał jesz­cze jeden, dodat­ko­wy powód do świę­to­wa­nia. Tak się bowiem zło­ży­ło, że kil­ka dni przed jego uro­dzi­na­mi, do sze­ro­kiej dys­try­bu­cji tra­fił Cold Bro­ok, czy­li film, w któ­rym Ficht­ner wystą­pił nie tyl­ko przed kame­rą. Jest to bowiem pierw­sza (i mam nadzie­ję, że nie ostat­nia) pro­duk­cja, do któ­rej Bill napi­sał sce­na­riusz i któ­rą wyre­ży­se­ro­wał.

I jak już pew­nie zdą­ży­li­ście się domy­ślić – w dzi­siej­szym Dyr­dy­ma­le podzie­lę się z wami moimi wra­że­nia­mi z oglą­da­nia wspo­mnia­ne­go fil­mu.

Odro­bi­na histo­rii

Cold Bro­ok jest jed­ną z tych pro­duk­cji, w przy­pad­ku któ­rych war­to poznać kon­tekst ich powsta­wa­nia. I wła­śnie ten posta­ram się przy­bli­żyć w tej czę­ści Dyr­dy­ma­ła. Jeśli jed­nak was to nie inte­re­su­je – wła­ści­wa recen­zja roz­po­czy­na się TUTAJ.


Wszyst­ko zaczę­ło się pod koniec roku 2007, kie­dy w Hol­ly­wo­od wybuchł strajk sce­na­rzy­stów*. Wil­liam Ficht­ner, podob­nie jak wie­lu innych akto­rów w tam­tym cza­sie, był tak jak­by bez­ro­bot­ny (bo tro­chę nie­roz­trop­nie jest zatrud­nić akto­ra do gra­nia w fil­mie lub seria­lu, do któ­re­go nikt nie napi­sał sce­na­riu­sza). A nuda i nad­miar wol­ne­go cza­su dopro­wa­dzi­ły do tego, że Ficht­ner razem ze zna­jo­mym – Cainem DeVo­re – napi­sał wła­sny sce­na­riusz. I tak wła­śnie naro­dził się Cold Bro­ok.

Bill nie poprze­stał jed­nak na stwo­rze­niu sce­na­riu­sza. Marzył dalej. Chciał wyre­ży­se­ro­wać histo­rię, któ­rą wymy­ślił i co wię­cej – pra­gnął, by film powstał w jego rodzin­nych stro­nach, czy­li w mie­ście Buf­fa­lo i jego oko­li­cach.

Cold Brook - William Fichtner, Kim Coates i Cain DeVore

Pan w okularach i czapce z daszkiem to współautor scenariusza Cold Brook – Cain DeVore. Natomiast pan z wąsem i bródką (ale bez czapki i okularów) to Kim Coates – o nim napiszę trochę więcej za chwilę.

źródło zdjęcia: Twitter Kima Coatesa

Mija­ły lata, Ficht­ner cały czas powta­rzał, że sta­ra się, by film powstał, ale poza tym pra­ce nad pro­jek­tem sta­ły w miej­scu. Jesz­cze w 2014 roku, kie­dy mia­łam przy­jem­ność zoba­czyć akto­ra na wła­sne oczy, Cold Bro­ok cały czas ist­nia­ło jedy­nie na papie­rze i nic nie wska­zy­wa­ło na to, że ten stan kie­dy­kol­wiek się zmie­ni.


Coś drgnę­ło w tema­cie dwa lata póź­niej. W 2016 roku w Buf­fa­lo otwo­rzo­no wysta­wę poświę­co­ną Ficht­ne­ro­wi, a wła­dze mia­sta zorien­to­wa­ły się, że Bill (któ­ry od zawsze, przy każ­dej moż­li­wej oka­zji, sta­rał się być amba­sa­do­rem swo­jej rodzin­nej miej­sco­wo­ści) może stać się kul­tu­ral­ną wizy­tów­ką Buf­fa­lo – trze­ba mu tyl­ko pomóc nakrę­cić Cold Bro­ok.


I w koń­cu uda­ło się! W czerw­cu 2017 padł pierw­szy klaps na pla­nie. Nie­co ponad rok póź­niej film po raz pierw­szy zapre­zen­to­wa­no sze­ro­kiej publicz­no­ści. Potem Cold Bro­ok był poka­zy­wa­ny na róż­nych festi­wa­lach fil­mo­wych, a w listo­pa­dzie tego roku został wyda­ny na DVD oraz udo­stęp­nio­ny w wybra­nych ser­wi­sach stre­amin­go­wych (póki co pro­duk­cja nie jest dostęp­na w Pol­sce, ale jeśli kie­dyś to się zmie­ni – na koń­cu Dyr­dy­ma­ła na pew­no poja­wi się Pan Pirat).

Cold Brook - na planie

Musicie wiedzieć, że Fichtner ma niezwykły talent do opowiadania o miejscach oraz ludziach. Potrafi na pozór trywialne wydarzenia ze zwykłego życia przedstawić w taki sposób, że będą one znacznie ciekawsze, od anegdotek z planu filmowego. A Cold Brook w dużej mierze jest historią o zupełnie zwyczajnych osobach.

źródło zdjęcia: Buffalo Magazine

Jed­no ze stan­dar­do­wych pytań, jakie dzien­ni­ka­rze uwiel­bia­ją zada­wać akto­rom brzmi: „o czym myślisz, kie­dy widzisz swój występ w kinie lub tele­wi­zji”. A Bill zawsze odpo­wia­da, że przy­po­mi­na sobie wte­dy, jak wyglą­dał dzień, pod­czas któ­re­go dana sce­na była krę­co­na i wspo­mi­na miłych ludzi, z któ­ry­mi wte­dy współ­pra­co­wał.

Dla­cze­go o tym piszę? Ponie­waż w Cold Bro­ok wystą­pi­ła masa przy­ja­ciół i człon­ków rodzi­ny Ficht­ne­ra. Myślę więc, że dla akto­ra stwo­rze­nie tego fil­mu mia­ło bar­dzo oso­bi­sty cha­rak­ter, i że krę­cił go on głów­nie po to, by w przy­szło­ści mieć co wspo­mi­nać.

* Pamię­ta­cie ten strajk? I to, jak wszy­scy byli zdru­zgo­ta­ni tym, że nowe sezo­ny ich ulu­bio­nych seria­li mają TYL­KO po 13 odcin­ków?

Nie­zwy­kle zwy­czaj­ni boha­te­ro­wie

Nie będę wam stresz­czać fabu­ły Cold Bro­ok. Zamiast tego poka­żę zwia­stun, któ­ry poka­zu­je wystar­cza­ją­co dużo, ale nie zdra­dza masy istot­nych rze­czy. Wyda­je mi się, że będzie on świet­nym punk­tem zacze­pie­nia, dzię­ki któ­re­mu – bez zna­jo­mo­ści fabu­ły fil­mu – zro­zu­mie­cie, o czym piszę w Dyr­dy­ma­le.

Tym, co naj­bar­dziej urze­kło mnie w Cold Bro­ok była para głów­nych boha­te­rów. Zwy­kle, kie­dy w fil­mie lub seria­lu poja­wia się męż­czy­zna w śred­nim wie­ku, to jest on w jakiś spo­sób nie­za­do­wo­lo­ny ze swo­je­go życia. I zazwy­czaj jest to roz­cza­ro­wa­nie na tle zawo­do­wym – wyni­ka­ją­ce albo z tego, że nie zdo­był wystar­cza­ją­co wyso­kie­go sta­no­wi­ska, albo z tego, że jest na wyso­kim sta­no­wi­sku, ale wca­le nie czu­je się z tego powo­du szczę­śli­wy. Tym­cza­sem boha­te­ro­wie Cold Bro­ok – Ted i Hil­de (w tego pierw­sze­go wcie­la się Ficht­ner, a w dru­gie­go – jego naj­lep­szy przy­ja­ciel – Kim Coates) – są woź­ny­mi na uni­wer­sy­te­cie i zda­je się, że cał­ko­wi­cie speł­nia­ją się w swo­jej pra­cy.

Przy­zna­ję, że w pierw­szej chwi­li takie zupeł­nie bez­tro­skie posta­ci wyda­wa­ły mi się nie­wia­ry­god­ne, ale szyb­ko zmie­ni­łam zda­nie. Bo to miła odmia­na zoba­czyć w popkul­tu­rze kogoś, kto jest zado­wo­lo­ny z pro­ste­go życia, jakie pro­wa­dzi i nie czu­je się z tego powo­du bez­war­to­ścio­wy.

Cold Brook - woźni

Podczas oglądania filmu cały czas zastanawiałam się nad tym, czy Cold Brook pokazuje prawdziwe, amerykańskie realia płacowe. Czyli innymi słowy: czy woźni na uniwersytetach w USA naprawdę zarabiają tak dużo, że stać ich na życie na takim poziomie, na jakim egzystują bohaterowie filmu (każdy z nich ma porządny dom, kilka samochodów i raczej nie wygląda na kogoś, kto martwiłby się o to, że nie starczy mu pieniędzy „do pierwszego”)? A jeśli nie, to czy Ted i Hilde wiodą beztroskie życie tylko dlatego, bo ich żony zarabiają więcej od nich?

Kolej­ną faj­ną rze­czą w Cold Bro­ok jest to, że nasi boha­te­ro­wie nie doko­nu­ją wiel­kich, kar­ko­łom­nych i nie­zwy­kłych czy­nów, ale jed­nak to, co robią, dla nich jest wiel­kie, kar­ko­łom­ne i nie­zwy­kłe. I coś tak pro­ste­go, jak wycią­gnię­cie świst­ka papie­ru z gablo­ty w uni­wer­sy­tec­kim muzeum (ze wzglę­du na swo­ją pra­cę, nasi boha­te­ro­wie mają klucz do tej gablo­ty, więc wspo­mnia­ne zada­nie napraw­dę nie jest dla nich czymś trud­nym do wyko­na­nia) – Ted i Hil­de trak­tu­ją tak, jak­by w grę wcho­dzi­ło wykra­dze­nie Mony Lisy z Luw­ru. Dzię­ki temu przy­go­dy naszych boha­te­rów z jed­nej stro­ny są zabaw­nie uro­cze, a z dru­giej – jest w tym coś nie­zwy­kle reali­stycz­ne­go, bo gdy­by nam przy­da­rzy­ło się prze­ży­wać podob­ne rze­czy – pew­nie zacho­wy­wa­li­by­śmy się dokład­nie tak samo, jak Ted z Hil­dem.

Tyl­ko bez dra­my!

Para głów­nych boha­te­rów Cold Bro­ok swo­im zacho­wa­niem co chwi­la potwier­dza, że męż­czyź­ni roz­wi­ja­ją się do pią­te­go roku życia, a potem już tyl­ko rosną. Pro­blem w tym, że Ted i Hil­de nie są mało­la­ta­mi – oby­dwo­je mają żony oraz dzie­ci. I o ile film świet­nie przed­sta­wia ich przy­jaźń, to już nie do koń­ca radzi sobie z poka­za­niem, jaki­mi pano­wie są męża­mi i ojca­mi.

To zna­czy, film pró­bu­je coś na ten temat powie­dzieć, ale nie zagłę­bia się w temat. Pod­czas oglą­da­nia odnio­słam wra­że­nie, że po zagra­niu w The Neigh­bor Ficht­ner stwier­dził, że pew­ne moty­wy z tam­te­go fil­mu mógł­by zaadop­to­wać w Cold Bro­ok, ale potem się prze­stra­szył, że jest to zbyt smut­ne i za bar­dzo dra­ma­tycz­ne, i z całe­go pomy­słu się wyco­fał.

Cold Brook - Ted i jego żona

Na początku film bardzo fajnie przedstawia rodziny głównych bohaterów. Niestety później kwestie te są traktowane bardzo po macoszemu. A szkoda, bo kiedy już się pojawiają, to z jednej strony wypadają naprawdę sympatycznie, a z drugiej – mogłyby być ciekawym punktem wyjścia do pewnej refleksji na temat długoletniej miłości małżeńskiej i ojcostwa.

Brak zagłę­bie­nia się w życie rodzin­ne oby­dwu boha­te­rów i poka­za­nia jakiś napięć i zgrzy­tów w ich bez­tro­skim życiu, jest naj­więk­szą wadą Cold Bro­ok. Bo niby pod koniec fil­mu Ted doce­nia, jaką ma wspa­nia­łą żonę, ale co z tego, sko­ro wcze­śniej nie było widać, że z ich mał­żeń­stwem jest coś nie tak.

Cold Bro­ok total­nie olał też kwe­stię ojco­stwa. Wie­my, że Ted ma syna, a Hil­de dwie cór­ki (z któ­rych jed­na ma chło­pa­ka), ale nic ponad to. I to jest mega roz­cza­ro­wu­ją­ce, bo liczy­łam na to, że Ficht­ner, któ­ry w wywia­dach kil­ka razy dość mądrze opo­wia­dał o tym, jak wycho­wu­je swo­je dzie­ci, zawrze w fil­mie jakieś prze­my­śle­nia na temat bycia ojcem.

Fabu­ła się nie liczy, kie­dy dobrze się bawisz

Wspo­mnia­ny wyżej brak dra­ma­ty­zmu w dużej mie­rze wyni­ka z tego, że Cold Bro­ok jest typo­wym feel good movie, czy­li pro­duk­cją, któ­rej głów­nym celem jest wpra­wie­nie widza w dobry nastrój. I to uda­je się fil­mo­wi Ficht­ne­ra napraw­dę dobrze. Bo choć akcja Cold Bro­ok nie toczy się szyb­ko, to oglą­da­nie przy­gód Teda i Hilde'a nie nudzi, jest tu wie­le scen, któ­re auten­tycz­nie śmie­szą i od całe­go fil­mu bije łagod­na i spo­koj­na, pozy­tyw­na ener­gia.

Cold Brook - jadłodalnia

Film ma masę scen, w których jego bohaterowie po prostu dobrze się bawią, a nam udziela się ich nastrój i śmiejemy się razem z nimi.

Weso­ły kli­mat Cold Bro­ok spra­wił nato­miast, że potra­fi­łam przy­mknąć oko na fabu­łę, któ­ra momen­ta­mi była bar­dzo gru­by­mi nić­mi szy­ta. Przy czym ta kule­je głów­nie za spra­wą tego, iż sce­na­riusz fil­mu prze­le­żał w szu­fla­dzie dzie­sięć lat. I wie­le ele­men­tów, któ­re deka­dę temu zupeł­nie by mi nie prze­szka­dza­ły (jak wspo­mnia­ny brak dra­ma­ty­zmu i kiep­sko zary­so­wa­ne rela­cje rodzin­ne) – teraz dość moc­no biją po oczach.

Inny­mi sło­wy, Cold Bro­ok świet­nie spi­su­je się jako lek­ka pro­duk­cja, któ­ra ma roz­grzać nasze ser­du­cho w zim­ny, zimo­wy wie­czór, ale zupeł­nie nie daje rady jako film festi­wa­lo­wy, któ­ry skła­niał­by do jakiś głęb­szych prze­my­śleń (choć, co cie­ka­we – Cold Bro­ok został na kil­ku festi­wa­lach doce­nio­ny i nagro­dzo­ny).

Bill za kame­rą

Trud­no jest mi oce­nić, jak Ficht­ner spi­sał się w roli auto­ra sce­na­riu­sza. Czę­ścio­wo dla­te­go, bo aktor nie pisał tego sce­na­riu­sza samo­dziel­nie. Poza tym mam na uwa­dze to, że w przy­pad­ku fil­mów wyso­ko­bu­dże­to­wych, część pie­nię­dzy idzie na zatrud­nie­nie spe­cja­li­stów, któ­rzy popra­wia­ją i reda­gu­ją sce­na­riusz, a pro­duk­cje nie­za­leż­ne nie mają na coś takie­go fun­du­szy. I wyda­je mi się, że w Cold Bro­ok zabra­kło pomo­cy takie­go wła­śnie sce­na­riu­szo­we­go redak­to­ra.

Cold Brook - szef ochrony

Fichtner jest specjalistą od grania czarnych charakterów, jednak w wywiadach zawsze powtarza, że nie potrafiłby wcielić się w kogoś do szpiku kości złego. On po prostu gra postaci, które myślą, że postępują właściwie, choć w rzeczywistości jest zupełnie inaczej.

W Cold Brook takim dobrym, ale źle postępującym szwarccharakterem jest szef ochrony kampusu. Coś poszło jednak nie tak, bo bohater ten nie jest ani sympatyczny, ani interesujący. To raczej taki stereotypowy pracoholik no-life, który jest nieco żałosnym dziwakiem.

I w tym miejscu muszę napisać, że mam nadzieję, iż postać ta została zaprezentowana w taki, a nie inny sposób, tylko i wyłącznie w wyniku tego, że scenariuszowi zabrakło dobrego redaktora. Bo byłoby mi bardzo przykro, gdyby okazało się, że Bill uważa introwertyków, którzy unikają imprez i posiadają małą ilość przyjaciół, za osoby gorsze, od siebie.

Nie umiem też do koń­ca stwier­dzić, czy Bill jest dobrym reży­se­rem. Wyda­je mi się jed­nak, że z reży­se­rią jest podob­nie, jak z efek­ta­mi spe­cjal­ny­mi. To zna­czy: efek­ty spe­cjal­ne zauwa­ża­my dopie­ro wte­dy, kie­dy są kiep­skie i widać, że coś jest z nimi nie tak. A na reży­se­rię zwra­ca­my uwa­gę, kie­dy akto­rzy gra­ją nie­na­tu­ral­nie i nie­wia­ry­god­nie.

W przy­pad­ku Cold Bro­ok wszyst­ko dzia­ła­ło jak w zegar­ku, więc Bill w roli reży­se­ra chy­ba spi­sał się bar­dzo dobrze.

Cold Brook - zdjęcia

Warto nadmienić, że Cold Brook został bardzo ładnie nakręcony i ma wpadającą w ucho ścieżkę dźwiękową.

źródło zdjęcia: The Buffalo News

I jeśli od stro­ny tech­nicz­nej mia­ła­bym się cze­goś cze­piać, to był­by to mon­taż. To zna­czy – zazwy­czaj wszyst­ko było w porząd­ku. Poja­wi­ło się jed­nak kil­ka ujęć, któ­re moim zda­niem trwa­ły zbyt dłu­go (głów­nie były to sce­ny, w któ­rych Ted i Hil­de jecha­li gdzieś samo­cho­dem). Było też kil­ka sytu­acji odwrot­nych, czy­li takich, w któ­rych w trak­cie mon­ta­żu poka­za­no za mało, przez co nie do koń­ca rozu­mia­łam, co się dzie­je (przy­kła­do­wo było poka­za­ne, jak Ted budzi się w środ­ku nocy, potem stoi przy muze­al­nej gablo­cie, a następ­nie jest pora­nek i nasz boha­ter przy­go­to­wu­je śnia­da­nie – wte­dy i nie mia­łam poję­cia, czy męż­czy­zna na serio poje­chał w nocy do muzeum, czy tyl­ko mu się to przy­śni­ło). Zupeł­nie nie zadzia­ła­ła też sce­na otwie­ra­ją­ca Cold Bro­ok, któ­ra z zało­że­nia mia­ła chy­ba wyglą­dać jak film sen­sa­cyj­ny (bez­bron­ny męż­czy­zna ucie­ka przez las przed gru­pą uzbro­jo­nych ludzi), ale szyb­ko się oka­za­ło, że nie ma się cze­go bać (bo uzbro­je­ni męż­czyź­ni mie­li pisto­le­ty do paint­bal­la).

Wspo­mnia­nych błę­dów mon­ta­żo­wych było jed­nak zale­d­wie kil­ka i podej­rze­wam, że więk­szość widzów w ogó­le nie zwró­ci na nie uwa­gi (tak napraw­dę, tyl­ko ten z począt­ku fil­mu moc­no rzu­cał się w oczy).

Ile jest Bil­la w Tedzie i Hilde'a w Kimie?

Wil­liam Ficht­ner i Kim Coates od wie­lu lat są naj­lep­szy­mi przy­ja­ciół­mi. Nie wiem, w jaki spo­sób pano­wie postę­pu­ją, kie­dy pry­wat­nie są razem; widzia­łam jed­nak kil­ka ich wspól­nych wywia­dów i akto­rzy zacho­wy­wa­li się wte­dy dokład­nie tak samo, jak Ted i Hil­de w Cold Bro­ok.

Z tego powo­du z oce­ną reży­ser­skich zdol­no­ści Ficht­ne­ra jest jesz­cze jeden – trud­no okre­ślić, na ile kie­ro­wał on akto­ra­mi na pla­nie swo­je­go fil­mu, a na ile – po pro­stu pozwa­lał im być sobą. Z dru­giej stro­ny – wszyst­ko, co widzi­my na ekra­nie wyglą­da bar­dzo natu­ral­nie, więc może taki spo­sób „reży­se­ro­wa­nia” nie był zły? Zwłasz­cza, że więk­szość widzów raczej nie zorien­tu­je się, iż nie oglą­da akto­rów odgry­wa­ją­cych swo­je role, tyl­ko dwóch kum­pli, któ­rzy na serio wygłu­pia­ją się przed kame­rą.

Cold Brook - pająk

Kiedy oglądałam sceny takie, jak ta z pająkiem, zastanawiałam się, ile z nich zostało wyreżyserowanych, a ile było wynikiem spontanicznej improwizacji aktorów.

Pod­czas oglą­da­nia Cold Bro­ok uda­ło mi się wyła­pać kil­ka nawią­zań do pry­wat­ne­go życia Ficht­ne­ra. I podej­rze­wam, że takich smacz­ków jest w fil­mie znacz­nie wię­cej – z tym, że pozo­sta­łe easter eggi dostrze­gą tyl­ko oso­by, któ­re zna­ją akto­ra oso­bi­ście.

Piszę o tym, bo podej­rze­wam, że wła­śnie za spra­wą tego prze­pla­ta­nia się sce­na­riu­sza z życiem pry­wat­nym, Bill nie przed­sta­wił bar­dziej szcze­gó­ło­wo rela­cji Teda z jego rodzi­ną. Z jed­nej stro­ny aktor mógł się bać, że poka­że wte­dy coś za bar­dzo oso­bi­ste­go. Z dru­giej pew­nie wie­dział, że widzo­wie będą się zasta­na­wiać, jak bar­dzo jego mał­żeń­stwo jest podob­ne do mał­żeń­stwa gra­nej przez nie­go posta­ci i dla­te­go wolał nie poka­zy­wać tych ele­men­tów fil­mu w spo­sób zbyt dra­ma­tycz­ny.

Przy czym – pod­kre­ślę jesz­cze raz – to tyl­ko moje gdy­ba­nie i pró­ba uspra­wie­dli­wie­nia Ficht­ne­ra. Rów­nie praw­do­po­dob­ne jest to, że sce­na­riusz Cold Bro­ok po pro­stu był wadli­wy.

Czy war­to było tyle cze­kać?

Naj­więk­szy pro­blem z oce­nia­niem fil­mów, na któ­rych z jakie­goś powo­du mi zale­ży pole­ga na tym, że z jed­nej stro­ny mam wobec nich zawy­żo­ne ocze­ki­wa­nia, a z dru­giej – nie mam ser­ca suro­wo ich oce­niać. Nie ina­czej jest w przy­pad­ku Cold Bro­ok.

Widać, że nie jest to pro­duk­cja nakrę­co­na pod Osca­ry. I – jeśli zna się kon­tekst powsta­wa­nia fil­mu – w nie­mal każ­dej sce­nie da się dostrzec, że całość zosta­ła nakrę­co­na przez pacz­kę zna­jo­mych, któ­rzy chcie­li przede wszyst­kim miło spę­dzić czas na pla­nie. Dzię­ki temu Cold Bro­ok przy­jem­nie się oglą­da, ale nie­ste­ty na tym walo­ry tej pro­duk­cji się koń­czą. Bo film nie­mal w ogó­le nie zaska­ku­je, nie wzru­sza i nie pobu­dza do jakiejś głęb­szej reflek­sji. To taka rzecz, któ­rą moż­na zoba­czyć raz i do któ­rej nie ma potrze­by wra­cać.

Cold Brook - zabawa na planie

Dylemat fana polega na tym, że z jednej strony chciałby on, by dzieła jego idola były najwyższej jakości, z drugiej natomiast – zależy mu na tym, by jego idol wiódł szczęśliwe życie, a praca sprawiała mu radość. Problem polega na tym, że czasem jedno nie idzie w parze z drugim.

I tak w przypadku Cold Brook z jednej strony cieszę się, że Fichtner spełnił swoje marzenie, i że podczas jego realizacji świetnie się bawił, ale z drugiej wolałabym, by aktor pojawiał się w lepszych filmach (choć i tak w porównaniu z innymi produkcjami, w jakich Bill niedawno zagrał, Cold Brook wypada naprawdę dobrze).

źródło zdjęcia: The Buffalo News

Przy­zna­ję, pod­czas oglą­da­nia Cold Bro­ok świet­nie się bawi­łam. Ale gdy pierw­sza radość minę­ła, ze smut­kiem stwier­dzi­łam, że po tylu latach cze­ka­nia liczy­łam na coś wię­cej. Bo dzie­ło Ficht­ne­ra, choć nie jest nie­uda­ne, był­by dużo lep­sze, gdy­by mia­ło swo­ją pre­mie­rę jakieś dzie­sięć lat temu. Wte­dy bowiem nie tyl­ko two­rzy­ło się inne fil­my, ale też moje ocze­ki­wa­nia wzglę­dem popkul­tu­ry oraz świa­to­po­gląd róż­ni­ły się od tych, któ­re mam teraz. Cold Bro­ok posia­da bowiem masę ele­men­tów, któ­re uwiel­biam – opo­wia­da o zwy­czaj­nych, ale sym­pa­tycz­nych boha­te­rach, ma w sobie szczyp­tę magii, a w jego two­rze­nie wło­żo­no masę ser­ca i to widać, bo ema­nu­je od nie­go masa pozy­tyw­nej ener­gii. Życie skła­da się jed­nak nie tyl­ko z tęczy i jed­no­roż­ców, a świa­tło naj­le­piej da się dostrzec w mro­ku i wła­śnie dla­te­go fil­my powin­ny mieć w sobie jakieś ele­men­ty dra­ma­tycz­ne. Bez nich trud­no jest mi się zżyć nawet z naj­bar­dziej sym­pa­tycz­ny­mi boha­te­ra­mi.

Cold Brook - śmieszne zdjęcie z planu

Gdyby Bill przeczytał tego Dyrdymała, prawdopodobnie wcześniej czy później zrobiłby taką minę i stwierdził: „Hołka, wyluzuj – Cold Brook to mój debiut reżyserski, za bardzo się czepiasz!”

źródło zdjęcia: The Buffalo News

Pocie­sza­ją­ce jest to, że Cold Bro­ok zebrał masę cie­płych recen­zji oraz kil­ka nagród. Może więc to zachę­ci Ficht­ne­ra do pisa­nia następ­nych sce­na­riu­szy i reży­se­ro­wa­nia kolej­nych fil­mów? A tak­że spra­wi, że nowe dzie­ło uda mu się nakrę­cić w mniej, niż dzie­sięć lat. Cze­go – w ramach spóź­nio­nych życzeń uro­dzi­no­wych – z całe­go ser­ca Wil­lia­mo­wi życzę.

Nato­miast wam mimo wszyst­ko pole­cam zoba­czyć Cold Bro­ok – zwłasz­cza teraz, zimą, bo film na pew­no roz­grze­je wasze ser­du­cha i wywo­ła uśmiech na twa­rzy. Bez wzglę­du na to, czy kibi­cu­je­cie Ficht­ne­ro­wi tak, jak ja, czy też nie.

źró­dło zdję­cia ilu­stru­ją­ce­go wpis: Buf­fa­lo Nia­ga­ra Film Offi­ce; o ile nie zosta­ło stwier­dzo­ne ina­czej, pozo­sta­łe zdję­cia są kadra­mi z fil­mu Cold Bro­ok