Wil­liam Ficht­ner nie ma szczę­ścia do gra­nia w block­bu­ste­rach – te, w któ­rych się poja­wiał (zwłasz­cza nie­daw­no) oka­zy­wa­ły się być strasz­ny­mi kaszan­ka­mi. Aktor ma nato­miast nosa do fil­mów nie­za­leż­nych i więk­szość tego typu pro­duk­cji z jego udzia­łem to rze­czy świet­nie nakrę­co­ne, nie­tu­zin­ko­we i poru­sza­ją­ce.

W 2015 roku Ficht­ner zagrał głów­ną rolę w nisko­bu­dże­to­wym The Neigh­bor. Przez następ­ne dwa lata pro­duk­cja była poka­zy­wa­na na mniej lub bar­dziej niszo­wych festi­wa­lach fil­mo­wych, gdzie zgar­nę­ła masę pochwał i kil­ka nagród (z cze­go jed­na tra­fi­ła bez­po­śred­nio w ręce Ficht­ne­ra). Nie­daw­no Sąsiad* tra­fił do sze­ro­kiej dys­try­bu­cji i jak pew­nie zdą­ży­li­ście się domy­ślić – już go obej­rza­łam i zaraz podzie­lę się z wami moimi wra­że­nia­mi z sean­su.

* Będę cza­sem uży­wać tak spo­lsz­czo­ne­go tytu­łu, choć zna­jąc fan­ta­zję naszych nad­wi­ślań­skich dys­try­bu­to­rów, nada­dzą oni fil­mo­wi bar­dziej wymyśl­ną nazwę, na przy­kład „Mil­czą­cy obser­wa­tor” albo „Jak pod­glą­dać mło­dą sąsiad­kę”.

Indie peł­ną parą

UWA­GA, ta część tek­stu jest teo­re­tycz­no-tech­nicz­na. Wła­ści­wa recen­zja zaczy­na się TUTAJ.


Fil­my nie­za­leż­ne, czy­li po angiel­sku inde­pen­dent movies, czy­li w skró­cie indie movies (co jest cza­sem w Pol­sce błęd­nie tłu­ma­czo­ne jako „fil­my indyj­skie”), choć są pro­duk­cja­mi krę­co­ny­mi za nie­wiel­kie pie­nią­dze, to mały budżet wca­le nie ozna­cza ich kiep­skiej jako­ści (tak, piję tu do pol­skich twór­ców i ich uspra­wie­dli­wień typu: „lepiej się nie dało, bo kasy było mało”). Prze­ciw­nie – pro­duk­cje nie­za­leż­ne czę­sto wyróż­nia­ją się nie­co­dzien­nym sce­na­riu­szem, świet­ny­mi zdję­cia­mi, dobrą reży­se­rią oraz wspa­nia­łym aktor­stwem. Z resz­tą (o czym wspo­mi­na­łam nie­daw­no), nie­raz przy­cią­ga­ją zna­nych akto­rów, co pro­wa­dzi do wspa­nia­łej sym­bio­zy: zado­wo­lo­ny jest zarów­no cele­bry­ta, któ­ry może zagrać coś nie­tu­zin­ko­we­go, jak i twór­cy fil­mu, bo dzię­ki sław­ne­mu nazwi­sku ich dzie­ło zain­te­re­su­je więk­sze gro­no odbior­ców.

Co cie­ka­we, niski budżet oraz świa­do­mość, że fil­my nie­za­leż­ne raczej nie tra­fia­ją do sze­ro­kiej dys­try­bu­cji spra­wia­ją, iż twór­cy takich pro­duk­cji nie czu­ją pre­sji, że ich dzie­ło musi na sie­bie zaro­bić i pra­cu­ją bar­dziej dla idei, niż sła­wy lub pie­nię­dzy. Dzię­ki temu, cza­sem moż­na odczuć, że film nie­za­leż­ny został stwo­rzo­ny z miło­ścią, że bije od nie­go pozy­tyw­na ener­gia. I czę­sto to, co dzia­ło się za kuli­sa­mi – na przy­kład fakt, że dzie­ło stwo­rzy­ła pacz­ka zna­jo­mych, albo że eki­pa fil­mo­wa zży­ła się ze sobą, jak rodzi­na – jest histo­rią rów­nie pięk­ną, a nawet wspa­nial­szą, niż pro­duk­cja sama w sobie.

The Neighbor - na planie

Co prawda zdjęcia do The Neighbor trwały na tyle krótko, że ekipa filmowa raczej nie zdążyła się ze sobą zżyć, ale podejrzewam, że wszyscy miło spędzali czas na planie.

źródło zdjęcia: Blood Moon Creative Twitter

The Neigh­bor jest pro­duk­cją nie­za­leż­ną pod chy­ba każ­dym, moż­li­wym wzglę­dem. Twór­ca­mi były głów­nie oso­by mło­de, czę­sto zaraz po stu­diach (Ficht­ner był chy­ba naj­star­szym człon­kiem eki­py), a w napi­sach koń­co­wych zosta­ło w sumie wymie­nio­ne może z pięć­dzie­siąt osób. Zdję­cia do fil­mu trwa­ły jakieś trzy tygo­dnie i nie­mal wszyst­ko zosta­ło nakrę­co­ne w jed­nym miej­scu (nie zdzi­wi­ła­bym się, gdy­by oka­za­ło się, że w domu nale­żą­cym do zna­jo­mych reży­se­ra, czy coś w tym sty­lu).

Tej nisko­bu­dże­to­wo­ści jed­nak zupeł­nie nie widać, tech­nicz­nie film stoi na naj­wyż­szym pozio­mie. Sce­no­gra­fia wyglą­da natu­ral­nie (co, jak wspo­mnia­łam, mogło – choć nie musia­ło! – wyni­kać z tego, że Sąsiad był praw­do­po­dob­nie krę­co­ny w czy­imś domu), stro­je tak­że, a dźwięk jest wyraź­ny.

Na naj­więk­szą uwa­gę zasłu­gu­je nato­miast to, jak film został nakrę­co­ny. Począt­ko­wo pro­duk­cja nosi­ła tytuł Last Days of Sum­mer i kolo­ry­sty­ka oraz świa­tło w fil­mie na każ­dym kro­ku koja­rzą się wła­śnie z leni­wym, let­nim popo­łu­dniem. Co cie­ka­we, w nie­któ­rych sce­nach bar­wy w The Neigh­bor zosta­ły przy­ga­szo­ne w taki spo­sób, że uję­cia te, choć krę­co­ne w ple­ne­rze i w peł­nym słoń­cu – spra­wia­ją wra­że­nie nie­mal ciem­nych.

The Neighbor - plener

Kadry z filmu, które umieszczę w tekście, nie zostały przeze mnie w żaden sposób skadrowane, ani tym bardziej podrasowane w Photoshopie.

Ope­ra­tor kame­ry nie tyl­ko bawił się oświe­tle­niem, ale przede wszyst­kim – wyka­zał dużym wyczu­ciem este­tycz­nym. Wie­le ujęć wyglą­da bowiem malow­ni­czo ład­nie. I choć nie znam się na tech­ni­ka­liach, podej­rze­wam, że na pla­nie uży­wa­no tego same­go mode­lu kame­ry, co w Bro­ad­church, bo w Sąsie­dzie tak­że poja­wia­ją się sze­ro­kie uję­cia, w któ­rych obraz jest nie­ostry w gór­nej i dol­nej czę­ści kadru.

The Neighbor - kamera na planie

Ciekawostka: niewiele brakowałoby i William Fichtner nie zagrałby w tej produkcji. Aktorowi zupełnie nie pasował termin, w którym The Neighbor miał być kręcony. Na szczęście, specjalnie dla niego – zdjęcia do filmu udało się przesunąć.

źródło zdjęcia: Blood Moon Creative Twitter

War­to też wspo­mnieć, że Ficht­ner nie tyl­ko zagrał głów­ną rolę, ale był tak­że pro­du­cen­tem fil­mu. I znów to tyl­ko moje gdy­ba­nie, ale podej­rze­wam, że w przy­pad­ku tak nisko­bu­dże­to­we­go przed­się­wzię­cia wystar­czy­ło, że aktor posta­wił wszyst­kim człon­kom eki­py obiad, by zyskać mia­no pro­du­cen­ta.

I jesz­cze jed­na cie­ka­wost­ka: dla Ficht­ne­ra, pra­ca w Sąsie­dzie była nie­co rodzin­nym przed­się­wzię­ciem. Jed­nym z asy­sten­tów reży­se­ra był bowiem star­szy syn akto­ra – Sam. Tym spo­so­bem The Neigh­bor stał się praw­do­po­dob­nie pierw­szym (i mam nadzie­ję, że nie ostat­nim!) fil­mem, w któ­rym Ficht­ne­ro­wie pra­co­wa­li razem.

The Neighbor - Sam Fichtner na planie

Nie mam stuprocentowej pewności, ale przypuszczam, że chłopak w okularach to syn Fichtnera. Młody Fichtner jest też prawdopodobnie widoczny na poprzedniej fotografii – to siedzący tyłem jegomość po prawej stronie zdjęcia.

źródło zdjęcia: Blood Moon Creative Twitter

Pew­ne rze­czy cięż­ko ubrać w sło­wa

Tak, jak pisa­łam na wstę­pie – fil­my nie­za­leż­ne, w któ­rych poja­wia się Ficht­ner, zazwy­czaj są bar­dzo dobre. W przy­pad­ku Sąsia­da moje zain­te­re­so­wa­nie tą pro­duk­cją dodat­ko­wo rosło za każ­dym razem, kie­dy dowia­dy­wa­łam się, że film został doce­nio­ny i wyróż­nio­ny na kolej­nym festi­wa­lu.

Jed­no­cze­śnie mia­łam pew­ne oba­wy. Bo kie­dy czu­ję do jakie­goś akto­ra sym­pa­tię, to są pew­ne role, w któ­rych wola­ła­bym go nie oglą­dać. A z opi­su The Neigh­bor wyni­ka­ło, że będzie to thril­ler, w któ­rym Ficht­ner wcie­li się w męż­czy­znę obse­syj­nie pod­glą­da­ją­ce­go swo­ją mło­dą sąsiad­kę. Bałam się więc, że obej­rze­nie fil­mu będzie dla mnie doświad­cze­niem dziw­nym i nie­po­ko­ją­cym, może nawet nie­przy­jem­nym.

The Neighbor - napis William Fichtner

To jest zdjęcie graniczne. Po jego przekroczeniu znajdziecie się w miejscu zawierającym nieprzyzwoicie dużo kadrów z Fichtnerem. ︎:P

Do oglą­da­nia zasia­dłam więc z mie­sza­ni­ną wiel­kich nadziei i ocze­ki­wań oraz jesz­cze więk­szych obaw. Na szczę­ście nie było się cze­go bać.

Oka­za­ło się, że wbrew zapo­wie­dziom The Neigh­bor nie jest thril­le­rem, a motyw pod­glą­da­nia sąsiad­ki został poka­za­ny zupeł­nie ina­czej, niż się spo­dzie­wa­łam. Jed­no­cze­śnie to taki film, w któ­rym fabu­ła nie ma więk­sze­go zna­cze­nia i dało­by się ją stre­ścić w kil­ku zda­niach. To nie tyle pro­duk­cja nie­za­leż­na, co kino arty­stycz­ne, w któ­rym nie liczy się to, co zosta­ło poka­za­ne, ale JAK zosta­ło to nakrę­co­ne.

Posta­wa to pod­sta­wa

Pod­czas wywia­dów Wil­liam Ficht­ner czę­sto wspo­mi­na, że kie­dy wcie­la się w jakąś postać, nie tyl­ko zmie­nia dla niej swo­ją mimi­kę i spo­sób mówie­nia, ale też wymy­śla, jak gra­ny przez nie­go boha­ter powi­nien się poru­szać. W Sąsie­dzie aktor poka­zał kunszt swo­ich umie­jęt­no­ści, bo bez pomo­cy żad­nych dia­lo­gów – tyl­ko za spra­wą tego, jak się poru­szał, uda­ło mu się poka­zać cha­rak­ter, emo­cje, a nawet myśli Mike'a, czy­li gra­nej przez Ficht­ne­ra posta­ci.

The Neighbor - William Fichtner - ruchy

Statycznymi kadrami niestety nie da się oddać ruchów Fichtnera – trzeba je po prostu obejrzeć na filmie.

W pierw­szej chwi­li spo­sób, w jaki cho­dził Mike'a sko­ja­rzył mi się z For­re­stem Gum­pem. On też poru­szał się sztyw­no i nie tyle szedł, co drep­tał. Za spra­wą tego sko­ja­rze­nia boha­ter Ficht­ne­ra wydał mi się czło­wie­kiem dobrym i pro­sto­dusz­nym.

Swo­imi rucha­mi Ficht­ner oddał też, że jego postać była oso­bą nie­śmia­łą i nie­zbyt pew­ną sie­bie. Wręcz odnio­słam wra­że­nie, że przy każ­dym kro­ku Mike powta­rzał w myślach „do przo­du, do przo­du”, bo gdy­by się zde­kon­cen­tro­wał i tego nie zro­bił – zaczął­by się cofać.

Ficht­ne­ro­wi uda­ło się też w swo­jej posta­wie zawrzeć pew­ne sprzecz­no­ści. Aktor jest dość musku­lar­ny, ale w fil­mie wyglą­dał na kru­che­go. Cho­dził wypro­sto­wa­ny, ale jak­by się gar­bił. Niby gra­ny przez nie­go Mike spra­wiał wra­że­nie znu­dzo­ne­go i roz­le­ni­wio­ne­go bez­tro­ską ruty­ną dnia codzien­ne­go, ale wyda­wał się nie­ustan­nie czymś zestre­so­wa­ny. Zupeł­nie jak­by jego mię­śnie bez prze­rwy były napię­te i męż­czy­zna nie­ustan­nie oba­wiał się, że lada moment, ktoś nie­spo­dzie­wa­nie trzep­nie go w tył gło­wy. Do tego wszyst­kie­go Mike czę­sto wyglą­dał jak­by chciał być nie­wi­dzial­ny i jed­no­cze­śnie… zauwa­żo­ny. Wiem, że kie­dy to czy­ta­cie, pew­nie trud­no wam to sobie wyobra­zić, ale Ficht­ne­ro­wi napraw­dę uda­ło się to wszyst­ko poka­zać.

The Neighbor - William Fichtner - kamuflarz

Nie wiem, ile jest w tym mojej nadinterpretacji, ale w niektórych scenach Mike był ubrany w sposób, który sprawiał, że niemal zlewał się z otoczeniem. I były też momenty odwrotne – w których za sprawą koloru koszuli bohater był widoczny najbardziej ze wszystkich.

Kie­dy liczy się naj­mniej­szy gest

Kil­ka lat temu gigan­tycz­ne wra­że­nie zro­bił na mnie występ Ficht­ne­ra w fil­mie The Home­sman (po pol­sku Eskor­ta). Aktor zagrał tam w zale­d­wie kil­ku sce­nach, w któ­rych pra­wie nicze­go nie mówił. Pomi­mo krót­kie­go cza­su ekra­no­we­go, samą mimi­ką uda­ło się Ficht­ne­ro­wi oddać uczu­cia swo­je­go boha­te­ra tak dobrze, że choć nie wie­dzia­łam o nim pra­wie nicze­go, współ­czu­łam mu tak bar­dzo, że mia­łam ocho­tę przy­tu­lić go, pocie­szyć i zapła­kać nad jego losem. A to było tyl­ko parę scen. W Sąsie­dzie Ficht­ner w podob­ny spo­sób „popi­sy­wał się” swo­imi zdol­no­ścia­mi aktor­ski­mi przez cały film!

The Neighbor - William Fichtner - uśmiech

Uśmiech kącikiem ust trwający ułamek sekundy, minimalny ruch oczu, drgnięcie policzka – Fichtner zdaje się panować nad każdym mięśniem swojej twarzy. Nawet najdrobniejszy grymas, jaki aktor prezentuje w filmie wygląda na przemyślany i mający głębokie znaczenie.

Tak, The Neigh­bor jest dzie­łem, któ­re opo­wia­da o face­cie w śred­nim wie­ku, któ­ry przez okno pod­glą­da swo­ją mło­dą, przy oka­zji zamęż­ną, sąsiad­kę. Ale tu nie liczy się fabu­ła, tyl­ko to, jak ten pro­sty motyw został poka­za­ny.

Mło­da sąsiad­ka wpa­da Mike'owi w oko od pierw­sze­go wej­rze­nia, ale nasz boha­ter wie, że to, co czu­je do kobie­ty jest nie­wła­ści­we. Bo nie tyl­ko ona jest od nie­go dużo młod­sza i zamęż­na, ale też on ma żonę i spo­koj­ne, uło­żo­ne, choć zara­zem nud­ne życie, któ­re­go jed­nak nie chciał­by znisz­czyć. Poja­wie­nie się sąsiad­ki jed­no­cze­śnie Mike'a cie­szy i fascy­nu­je oraz nie­po­koi i fru­stru­je. A Ficht­ner, bez wypo­wia­da­nia ani jed­ne­go sło­wa, potra­fi zagrać te roz­ter­ki w taki spo­sób, że nie­mal sły­szy­my potok myśli prze­le­wa­ją­cy się przez umysł jego boha­te­ra.

The Neighbor - William Fichtner niczym Gollum

Są momenty, kiedy bez problemu można sobie wyobrazić, jak Mike w myślach dyskutuje ze sobą, niczym Gollum i Smeagol we Władcy Pierścieni.

Roz­ter­ki Mike'a sta­ją się jesz­cze więk­sze, kie­dy odkry­wa, że mąż sąsiad­ki może się nad nią znę­cać. Świet­na jest sce­na, w któ­rej boha­ter Ficht­ne­ra nie wie, jak zare­ago­wać, kie­dy sły­szy, że sąsiad krzy­czy na swo­ją żonę. A potem kłót­nię prze­ry­wa odgłos ude­rze­nia, po któ­rym nastę­pu­je cisza. I znów samą swo­ją mimi­ką Ficht­ner oddał myśli, któ­re koła­ta­ły się w gło­wie jego posta­ci: „Wtrą­cać się, czy wszyst­ko zigno­ro­wać? Zadzwo­nić na poli­cję, czy same­mu inter­we­nio­wać? A jeśli inter­we­niu­ję, to czy nie znaj­dę się w nie­bez­pie­czeń­stwie? I czy to nie będzie wcho­dze­nie z buta­mi w życie obcych ludzi?”

The Neighbor - William Fichtner - rozterki bohatera

I znów: statyczny kadr nie odda geniuszu gry aktorskiej.

Póź­niej podob­nych momen­tów jest wię­cej. Co waż­ne, wewnętrz­ne roz­dar­cie boha­te­ra powo­du­je, że nie da się jed­no­znacz­nie stwier­dzić, jakie są jego inten­cje i co popy­cha go do dzia­ła­nia. Czy w grę wcho­dzi głów­nie potrze­ba zaim­po­no­wa­nia mło­dej sąsiad­ce, czy też ludz­ki odruch chę­ci pomo­cy oso­bie, któ­ra ma kło­po­ty? I myślę, że nawet Mike do koń­ca nie wie­dział, co nim kie­ro­wa­ło.

The Neighbor - William Fichtner - biurko

Chciałabym się dowiedzieć, co o granym przez siebie bohaterze myśli Fichtner. I czy aktor wie, jakie naprawdę były intencje Mike'a?

Wróć­my do Ficht­ne­ra. War­to zwró­cić uwa­gę na to, że w Sąsie­dzie prze­wa­ża­ją dłu­gie, poje­dyn­cze uję­cia, w któ­rych Wil­liam stoi sam na sam z kame­rą. Krę­ce­nie takich scen czę­sto jest dla akto­rów dużym wyzwa­niem. A Ficht­ner nie tyl­ko sobie z nim radzi, ale też uda­ło mu się wszyst­ko zagrać w spo­sób wia­ry­god­ny i przej­mu­ją­cy, nicze­go przy tym nie prze­szar­żo­wu­jąc. Odwa­żę się nawet stwier­dzić, że aktor, za swój występ w The Neigh­bor powi­nien dostać Osca­ra.

Siła nie­do­po­wie­dzeń

Cięż­ko jest opi­sać fabu­łę The Neigh­bor tak­że z powo­du tego, że film nie tłu­ma­czy nam wie­lu rze­czy. Czę­sto poka­zu­je pew­ne sce­ny i pozo­sta­wia widzom sze­ro­kie pole do ich inter­pre­ta­cji.

The Neighbor - symbolika kadrów

Znów nie wiem, czy to było celowe działanie, czy też ja nadaję znaczenie elementom, które go nie mają. W każdym razie, czasem to, co pokazywała kamera, zdawało się mieć symboliczne znaczenie.

Spójrzcie na te trzy ujęcia kolacji. Na początku filmu Mike i jego żona są pokazani w jednym kadrze – niby symetrycznie, ale bohater Fichtnera ma wokół siebie mniej przestrzeni, zdaje się być wręcz przytłoczony przez to, co znajduje się na pierwszym planie (nad-nadinterpretacja: drzwi z pierwszego planu są metaforyczną maską, za którą Mike skrywa swoje nagromadzone przez lata zawody i frustracje). W połowie The Neighbor w centrum kadru pojawia się bukiet kwiatów, który na pozór symbolizuje miłość, ale tak naprawdę tworzy między postaciami barierę, pokazuje pierwszą rysę, rozłam w małżeństwie. Natomiast na końcu kadr jest niby taki sam, jak na początku filmu, ale jednocześnie inny – Mike znajduje się w nim na środku, przez co ujęcie jest symetryczne (gdyby kadr był dokładnie taki sam, jak w scene pierwszej kolacji, kompozycja przeważałaby na jedną stronę), co pokazuje jego osamotnienie, ale też wskazuje, że bohater odzyskał równowagę i (przez to, iż znajduje się w centrum kadru) – że postanowił od tej pory skupiać się bardziej na sobie i własnych potrzebach.

Na pierw­szy rzut oka Mike jest czło­wie­kiem dobrym, spo­koj­nym i życz­li­wym, ale jed­no­cze­śnie – nie­zno­śnie wręcz nud­nym. W pew­nej chwi­li stwier­dza jed­nak, że kie­dyś miał wiel­kie pla­ny i marze­nia, a potem dopa­dła go sza­ra rze­czy­wi­stość dnia codzien­ne­go. Nato­miast jakiś czas póź­niej mamy sce­nę, w któ­rej ten teo­re­tycz­nie fleg­ma­tycz­ny, nie­cie­ka­wy i pozba­wio­ny cha­ry­zmy facet, z wiel­kim roz­en­tu­zja­zmo­wa­niem opo­wia­da o tym, jak w mło­do­ści, został nie­mal zła­pa­ny przez poli­cję za posia­da­nie mari­hu­any. To spra­wi­ło, że zaczę­łam się zasta­na­wiać, czy Mike zawsze był nudzia­rzem, czy też został zga­szo­ny przez życie.

The Neighbor - Mike i jego żona

W filmie nastąpiła pewna zamiana ról: żona Mike'a robiła karierę poza domem i ewidentnie spełniała się w pracy, a Mike był „kurem domowym”, który sprzątał, pielęgnował ogród i każdego wieczora czekał na małżonkę z pyszną kolacją.

Mam co do tego rozwiązania mieszane uczucia. Bo prezentowałoby się ono bardzo fajnie, gdyby Mike miał inny charakter. Tymczasem w tym przypadku odnosiło się wrażenie, że zajmowanie się domem uczyniło z tej postaci niemęskiego pantoflarza, który został przez żonę stłamszony i mentalnie niemal wykastrowany.

PS. Przy czym jak na „kura domowego” Mike był strasznie powolnym kucharzem. Nawet ja – osoba zupełnie niewprawiona w gotowaniu – kroję pomidory szybciej, niż on! Jak to możliwe, że rodzina Mike'a przez tyle lat nie wymarła z głodu, w trakcie czekania na to, aż facet w końcu przyrządzi kolację? ︎:P

Przy oka­zji muszę się z wami podzie­lić pew­nym nad­pro­gra­mo­wym prze­my­śle­niem. Zala­złam kie­dyś w inter­ne­cie cie­ka­we spo­strze­że­nie, że gra­ny przez Davi­da Ten­nan­ta w Black­po­ol Peter Car­li­sle i Alec Har­dy, w któ­re­go Ten­nant wcie­lił się w Bro­ad­church, cha­rak­te­ro­lo­gicz­nie zda­ją się być tą samą posta­cią. To zna­czy: Har­dy spo­koj­nie mógł­by być Car­li­slem po przej­ściach.

Pod­czas oglą­da­nia Sąsia­da nasu­nę­ło mi się podob­ne sko­ja­rze­nie. Bo Mike zda­je się być Ryanem Spark­sem (czy­li posta­cią, w któ­rą Ficht­ner wcie­lił się w Gra­ce Under Fire) – tyle, że z ponad dwu­dzie­sto­let­nim baga­żem doświad­czeń.

Fichtner Under Fire

Ryan też miał sterczące włosy, a poza tym poruszał się i gestykulował podobnie, jak Mike. Co prawda był postacią bardziej wyluzowaną, przebojową i wygadaną, ale mówił głównie po to, by zaimponować dziewczynie. Gdyby nie musiał się przed nikim popisywać, prawdopodobnie momentalnie zmieniłby się w nudnego milczka… zupełnie takiego samego, jak Mike.

źródło zdjęcia: kadr z serialu Grace Under Fire

Wróć­my do fabu­ły The Neigh­bor. Na to, jak odbie­ra­łam zacho­wa­nie głów­ne­go boha­te­ra wpły­wał tak­że kli­mat fil­mu. Niby było widać, że Mike jest czło­wie­kiem dobrym i łagod­nym, któ­ry co praw­da z rado­ścią pod­glą­dał przez okno sąsiad­kę i fan­ta­zjo­wał na jej temat, ale ewi­dent­nie nie miał zamia­ru zro­bić nicze­go wię­cej (tro­chę, jak w dow­ci­pie, w któ­rym na widok mło­dej, pięk­nej dziew­czy­ny, star­szy pan spo­glą­da w nie­bo i stwier­dza: „Panie Boże zabra­łeś mi siły, zabierz i ocho­tę!”). Jed­no­cze­śnie atmos­fe­ra w Sąsie­dzie cały czas była napię­ta, przez co zacho­wa­nie Mike'a wyda­wa­ło się nie­po­ko­ją­ce i non-stop zasta­na­wia­łam się, czy lada moment gra­na przez Ficht­ne­ra postać nie posta­no­wi wspo­mnia­nych fan­ta­zji urze­czy­wist­nić. Dodat­ko­wo (choć oczy­wi­ście było to zupeł­nie nie­za­mie­rzo­ne przez twór­ców fil­mu) moje podej­rze­nia potę­go­wa­ła sza­le­ją­ca teraz w Hol­ly­wo­od seks-afe­ra.

The Neighbor - William Fichtner - kuchnia

Niby niewinne, zupełnie neutralne ujęcie, a człowieka ciarki przechodzą, jak na nie patrzy.

Nie do koń­ca wiem nato­miast, jak oce­nić zacho­wa­nie rodzi­ny Mike'a pod koniec fil­mu. Kie­dy bowiem roz­trzę­sio­ny Mike powie­dział żonie, że ich sąsiad znę­ca się nad swo­ją żoną, żona Mike'a (strasz­nie dużo Mike'ów i żon w jed­nym zda­niu, sor­ry!) zamiast go uspo­ko­ić i pochwa­lić za to, że przej­mu­je się losem innych, stwier­dzi­ła, że dziw­ne zacho­wa­nie męża się jej nie podo­ba, i że… ona i Mike powin­ni się na jakiś czas roz­stać, a męż­czy­zna zamiesz­kać gdzieś indziej, ochło­nąć i zasta­no­wić nad swo­im postę­po­wa­niem. Jak­by tego było mało, póź­niej syn Mike'a zda­wał się być zupeł­nie nie­prze­ję­ty tym, że jego rodzi­ce nie­spo­dzie­wa­nie się roz­sta­li.

The Neighbor - żona Mike'a

Żona Mike'a, choć niepozbawiona wad, była sympatyczną postacią (chyba najsympatyczniejszą w całym filmie), a przy okazji grała ją ładna aktorka. Dzięki temu film pokazywał, że czasem małżeństwa – zwłaszcza te ułożone i wieloletnie – rozpadają się z powodu rutyny, a nie dlatego, bo ktoś na starość stał się brzydki i zgryźliwy.

W pierw­szej chwi­li ode­bra­łam to wszyst­ko jako spo­re nie­do­cią­gnię­cie w sce­na­riu­szu. Potem jed­nak zaczę­łam zasta­na­wiać się, czy zabieg ten nie był celo­wy. Moż­na prze­cież zin­ter­pre­to­wać to tak, że żona Mike była nim tak znu­dzo­na, że tyl­ko cze­ka­ła na pre­tekst, by wyrzu­cić go z domu. Bez­dusz­ność syna mogła nato­miast poka­zy­wać, że chło­pak wdał się w ojca i przyj­mo­wał wie­le spraw z nie­na­tu­ral­nie sto­ic­kim spo­ko­jem.

Rzecz w tym, że nie potra­fię stwier­dzić, czy ta inter­pre­ta­cja nie jest jed­nak tro­chę na siłę. I czy moje pierw­sze odczu­cie, że cały wątek był kiep­ski (i przy oka­zji nie­po­trzeb­ny, do „wygna­nie” Mike'a nie mia­ło więk­sze­go wpły­wu na dal­szą fabu­łę) nie było bliż­sze praw­dy.

Cze­ka­jąc na burzę

Od pierw­szej sce­ny The Neigh­bor czu­je się nara­sta­ją­ce napię­cie, gęst­nie­ją­cą atmos­fe­rę, ciem­ne burzo­we chmu­ry zbie­ra­ją­ce się nad gło­wą głów­ne­go boha­te­ra. Dzie­je się tak głów­nie dzię­ki temu, jak Sąsiad został nakrę­co­ny – świa­tło, powol­ny ruch kame­ry, odpo­wied­nie kadry i ścież­ka dźwię­ko­wa (lub jej brak) zosta­ły w fil­mie wyko­rzy­sta­ne w feno­me­nal­ny spo­sób. Spo­ro w tym tak­że zasłu­gi Ficht­ne­ra, któ­ry w gra­nej przez sie­bie posta­ci zawarł coś dziw­ne­go i nie­po­ko­ją­ce­go.

The Neighbor - niepokojący William Fichtner

W każdym innym filmie spokojne zachowanie bohatera świadczyłoby o jego dobroci i mądrości – tutaj natomiast budzi niepokój.

Na uzna­nie zasłu­gu­je tak­że to, że twór­cy The Neigh­bor kon­se­kwent­nie, do same­go koń­ca utrzy­my­wa­li film w takim samym tonie, choć było wie­le momen­tów, w któ­rych Sąsiad mógł łatwo skrę­cić w stro­nę dyna­micz­ne­go thril­le­ra lub pro­duk­cji sen­sa­cyj­nej. Lub też, tro­chę, jak w Gone Girl (czy­li Zagi­nio­nej dziew­czy­nie) zafun­do­wać widzom zaska­ku­ją­cy zwrot akcji.

The Neighbor - klimat

Szczerze mówiąc liczyłam na to, że akcja filmu toczy się ślamazarnie tylko dla niepoznaki. I że lada moment, już za chwilę, całość zmieni się w trzymający w napięciu, mroczny thriller. Tak się nie stało, ale nie świadczy to o miałkości scenariusza, tylko przeciwnie – o dojrzałości jego twórców.

Pro­blem w tym, że spo­koj­ny i pełen napię­cia kli­mat The Neigh­bor świet­nie spi­sał­by się w fil­mie krót­ko­me­tra­żo­wym, ale w ponad pół­to­ra­go­dzin­nej pro­duk­cji zaczy­na szyb­ko męczyć. Sąsia­do­wi bra­ku­je scen lżej­szych, któ­re pozwo­li­ły­by ode­tchnąć. To zna­czy, niby poja­wia­ją się momen­ty, któ­re w zało­że­niu twór­ców praw­do­po­dob­nie mia­ły taką rolę peł­nić – mam tu na myśli głów­nie roz­mo­wy Mike'a z jego kum­plem z sąsiedz­twa. Rzecz w tym, że zupeł­nie one nie dzia­ła­ją – ani nie śmie­szą, ani tym bar­dziej nie roz­ła­do­wu­ją napię­cia.

The Neighbor - kumpel Mike'a

Kumpel Mike'a był niby tym rubasznym, zawadiackim facetem, który wdzięki młodej sąsiadki bez zażenowania komentował słowami „ruchałbym”. Niestety ta postać w filmie zupełnie nie zadziałała.

Naj­więk­sze roz­cza­ro­wa­nie przy­no­si nato­miast zakoń­cze­nie. Bo choć znów – jest ono zgod­ne z kli­ma­tem fil­mu, to po tak dłu­gim ocze­ki­wa­niu w napię­ciu, liczy­łam na coś bar­dziej wstrzą­sa­ją­ce­go. Te zbie­ra­ją­ce się nad boha­te­ra­mi chmu­ry zwia­sto­wa­ły nadej­ście potęż­nej nawał­ni­cy, tym­cza­sem jedy­ne, co dosta­łam w fina­le, to poje­dyn­czy grzmot.

Tak, przy­zna­ję, sam moment „ude­rze­nia pio­ru­na”, czy­li kul­mi­na­cyj­na sce­na, był bar­dzo dobry – i tak reali­stycz­ny, że aż praw­dzi­wie zatrwa­ża­ją­cy, smut­ny i bole­sny. Rzecz w tym, że zanim emo­cje te zdą­ży­ły porząd­nie wybrzmieć – nastą­pi­ły napi­sy koń­co­we.

The Neighbor - finał

Brakowało mi w filmie jakiś dwóch, trzech dodatkowych scen. Czegoś, dzięki czemu lepiej poczułabym dramatyzm sytuacji i zobaczyła, jak Mike ponosi konsekwencje swoich czynów.

Sąsiad nie dla każ­de­go

Moje począt­ko­we oba­wy doty­czą­ce tego, w jaką postać w The Neigh­bor wcie­li się Ficht­ner, na szczę­ście się nie spraw­dzi­ły, ale nie zmie­nia to fak­tu, że wola­ła­bym oglą­dać moje­go ulu­bio­ne­go akto­ra w innych rolach. Para­dok­sal­nie, Sąsiad jest dokład­nie takim fil­mem, jakie­go potrze­bo­wa­łam. Dzię­ki nie­mu przy­po­mnia­łam sobie, za co tak bar­dzo cenię Ficht­ne­ra i cze­mu facet przy­kuł moją uwa­gę, kie­dy po raz pierw­szy zoba­czy­łam go na ekra­nie. Wil­liam jest w koń­cu bar­dzo uta­len­to­wa­nym akto­rem, ale musi mieć moż­li­wość gra­nia do dobre­go sce­na­riu­sza. A ja nie­mal zupeł­nie o tym zapo­mnia­łam przez to, że przez ostat­nie kil­ka lat oglą­dam go głów­nie w kiep­skich pro­duk­cjach.

The Neighbor - William Fichtner - dobry aktor

Nie lubię porównywać ze sobą zdolności różnych aktorów, ale czasem myślę, że gdyby dać Fichtnerowi szansę, to swoim występem poruszyłby widzów bardziej, niż David Tennant.

Chcia­ła­bym w tym momen­cie rado­śnie stwier­dzić „ogląd­nij­cie Sąsia­da!”, ale nie mogę tego zro­bić. Nie z powo­du tego, że to zły film, ale dla­te­go, bo nie jest to pro­duk­cja dla wszyst­kich. Ponie­waż akcja toczy się tu powo­li, a fabu­ła ma dru­go­rzęd­ne zna­cze­nie – więk­szość z was zapew­ne uśnie (o ile nie umrze z nudów) po kwa­dran­sie oglą­da­nia (albo jesz­cze wcze­śniej, jeśli przed sean­sem nie napi­je­cie się moc­nej kawy). Z resz­tą, choć The Neigh­bor był chwa­lo­ny i wyróż­nia­ny na festi­wa­lach fil­mo­wych, to teraz, po tym jak tra­fił do sze­ro­kiej dys­try­bu­cji, zaczął zbie­rać mniej pochleb­ne recen­zje, głów­nie z powo­du tego bra­ku akcji.

The Neighbor - kawa

Film zaczął się od ujęcia pokazującego, jak Mike przyrządza sobie kawę. Czy była to jakaś sugestia dla widzów?

Sama też nie potra­fię The Neigh­bor jed­no­znacz­nie oce­nić. Oglą­da­nie fil­mu było inte­re­su­ją­cym doświad­cze­niem, ale nie jest to pro­duk­cja, któ­rą chcia­ła­bym zoba­czyć ponow­nie. Przy czym w dużej mie­rze wią­że się to z tym, że nie uda­ło mi się gra­nej przez Ficht­ne­ra posta­ci polu­bić, choć momen­ta­mi szcze­rze jej współ­czu­łam. Bo jeśli zda­rza mi się w kół­ko oglą­dać jakiś film lub serial – robię to głów­nie z powo­du boha­te­rów, któ­rych darzę sym­pa­tią.

The Neighbor - William Fichtner - kapelusz

Podobno dobry aktor potrafił wcielić się w każdą rolę. The Neighbor pokazał, że Fichtner do grania pewnego typu postaci zupełnie się nie nadaje. Jak widzicie na załączonym obrazku – Williamowi jest zupełnie nie do twarzy w kapeluszach, więc raczej nie spisałby się w roli Indiana Jonesa lub innego poszukiwacza przygód (dla którego takie nakrycie głowy byłoby przecież czymś obowiązkowym).

Czy w takim razie pole­cam wam Sąsia­da? Nie­bar­dzo. No chy­ba, że śla­ma­zar­na akcja nie jest wam strasz­na, lubi­cie fil­my, któ­re są kli­ma­tycz­ne i ład­nie nakrę­co­ne, a przy oka­zji – podob­nie, jak ja – jeste­ście miło­śni­ka­mi Ficht­ne­ra. Wte­dy i tyl­ko wte­dy, powin­ni­ście dać The Neigh­bor szan­sę i raczej nie będzie­cie zawie­dze­ni. W innej sytu­acji pro­duk­cja raczej się wam nie spodo­ba.

o ile nie zosta­ło stwier­dzo­ne ina­czej, zdję­cia ilu­stru­ją­ce wpis są wyko­na­ny­mi prze­ze mnie kadra­mi z fil­mu The Neigh­bor

Wpis pocho­dzi z poprzed­niej wer­sji blo­ga. Został zre­da­go­wa­ny i nie­znacz­nie zmo­dy­fi­ko­wa­ny.

Ory­gi­nal­ny tekst możesz prze­czy­tać tutaj.