Broadchurch kontra Gracepoint

Kie­dy usły­sza­łam pierw­sze plot­ki o tym, że powsta­nie ame­ry­kań­ski rema­ke Bro­ad­churchbyłam temu prze­ciw­na. Ale potem poja­wi­ły się dwa, sprzecz­ne uczu­cia. Z jed­nej stro­ny, ze wzglę­du na Davi­da Ten­nan­ta chcia­łam, by nowy serial się udał (bo prze­cież nikt nie lubi oglą­dać swo­ich ulu­bio­nych akto­rów w kiep­skich pro­duk­cjach). Z dru­giej nato­miast – z powo­du miło­ści do Bro­ad­church, mia­łam nadzie­ję, że ame­ry­kań­ski rema­ke będzie gor­szy od ory­gi­na­łu.

W koń­cu nad­szedł dzień pre­mie­ry Gra­ce­po­int i pierw­szy odci­nek oka­zał się być dokład­nie taki, jak przy­pusz­cza­łam: kiep­ski. Ale upar­cie oglą­da­łam dalej, licząc na to, że póź­niej będzie lepiej. Zwłasz­cza, że twór­cy zapo­wia­da­li, iż Gra­ce­po­int nie będzie dokład­ną kopią Bro­ad­church, i że nawet zakoń­cze­nie będzie inne. Teraz jestem po obej­rze­niu fina­łu i mojej pier­wot­nej opi­nii o seria­lu nie zmie­niam. Ale ponie­waż krót­kie stwier­dze­nie, że „Gra­ce­po­int jest złe”, było­by zbyt pro­ste, w dzi­siej­szym wpi­sie posta­ram się wyja­śnić, dla­cze­go coś, co uda­ło się Bry­tyj­czy­kom w Bro­ad­church, Ame­ry­ka­nom już nie wyszło.

Run­da I: Miesz­kań­cy mia­sta

Posta­ci w Bro­ad­church w wie­lu przy­pad­kach były dość arche­ty­picz­ne. Ale to mi nie prze­szka­dza­ło i spra­wia­ło, że nie­mal od począt­ku wie­dzia­łam, kto jest kim w mia­stecz­ku. Mło­dy, ambit­ny dzien­ni­karz, zgryź­li­wy sta­ru­szek, ksiądz, któ­ry pró­bu­je spra­wić, by ludzie na nowo zaczę­li cho­dzić do kościo­ła – dłu­go jesz­cze moż­na by wymie­niać. Serial jed­nak szyb­ko uciekł od utar­tych sche­ma­tów, ale nie za dale­ko, dzię­ki cze­mu boha­te­ro­wie nie byli papie­ro­wi, ale jed­no­cze­śnie nie spra­wia­li wra­że­nia obcych i zbyt dzi­wacz­nych.

Broadchurch - społeczność

Postaci z Broadchurch są na tyle uniwersalne, że pomimo pewnych różnic kulturowych ja, osoba żyjąca w Polsce, bez trudu potrafię zrozumieć ich rozterki.

Każ­da postać mia­ła swo­je zale­ty i wady, ale nikt nie był zepsu­tym do szpi­ku kości, czar­nym cha­rak­te­rem. Wręcz prze­ciw­nie – wszy­scy wyda­wa­li się na swój spo­sób sym­pa­tycz­ni, przez co nawet, gdy popeł­nia­li błę­dy, nie zra­ża­li do sie­bie – jedy­nie zda­wa­li się być przez to jesz­cze bar­dziej ludz­cy. I tyczy się to nawet oso­by, któ­ra pod koniec oka­za­ła się być mor­der­cą. Byłam w szo­ku, gdy to wyszło na jaw i nie mogłam uwie­rzyć, bo prze­cież bar­dzo lubi­łam tą postać. I co cie­ka­we: choć powin­nam zabój­cę jedy­nie potę­pić, gdzieś w głę­bi ser­ca czu­łam też, że jest mi go żal.

Przy czym to wszyst­ko, co napi­sa­łam wyżej, nie było­by moż­li­we do poka­za­nia bez odpo­wied­niej obsa­dy. A ta w Bro­ad­church była wspa­nia­ła. Każ­dy aktor ide­al­nie paso­wał do swo­jej roli i grał bar­dzo reali­stycz­nie. Ta praw­dzi­wość powo­do­wa­ła nato­miast, że nie­zwy­kle łatwo było mi zro­zu­mieć pro­ble­my boha­te­rów, a z nie­któ­ry­mi z nich – nawet czę­ścio­wo się iden­ty­fi­ko­wać.


O tym, jak duże zna­cze­nie dla odbio­ru histo­rii mia­ła obsa­da, mogłam się prze­ko­nać oglą­da­jąc Gra­ce­po­int, bo tam nie­mal wszy­scy akto­rzy nie paso­wa­li do swo­ich ról. Posta­ci stra­ci­ły przez to na reali­zmie, wie­le z nich wyda­wa­ło się nie­sym­pa­tycz­nych (a cza­sem i jed­no, i dru­gie). Z tego powo­du rów­nie sztucz­nie wypa­dły rela­cje pomię­dzy poszcze­gól­ny­mi boha­te­ra­mi. W Bro­ad­church dało się je okre­ślić na pod­sta­wie same­go tyl­ko zacho­wa­nia boha­te­rów. Oglą­da­jąc Gra­ce­po­int iden­tycz­nych rze­czy dowia­dy­wa­łam się jedy­nie na pod­sta­wie dia­lo­gów (któ­re swo­ją dro­gą też wypa­da­ły strasz­nie drę­two).

Gracepoint - społeczność

Gracepoint pokazuje, że dobry scenariusz to nie wszystko – równie ważne jest aktorstwo.

Efekt był taki, że nie iden­ty­fi­ko­wa­łam się z miesz­kań­ca­mi mia­sta, nie obcho­dził mnie ich los. A z racji tego, że odbiór całej histo­rii w dużej mie­rze zale­żał od tego, jak bar­dzo widz zży­je się z boha­te­ra­mi – na więk­szość wyda­rzeń poka­za­nych w Gra­ce­po­int zare­ago­wa­łam jedy­nie wzru­sze­niem ramio­na­mi.


Run­dę I wygry­wa­ją: miesz­kań­cy Bro­ad­church

Run­da II: Śledz­two

Kolej­nym ele­men­tem potę­gu­ją­cym realizm Bro­ad­church było to, że poli­cjan­ci za bar­dzo nie wie­dzie­li, jak pro­wa­dzić docho­dze­nie. Koro­ner bada­ją­cy zwło­ki był prze­ra­żo­ny tym co widzi, do pra­cy przy śledz­twie bra­ko­wa­ło ludzi, bo aku­rat był dłu­gi week­end i wszy­scy wyje­cha­li poza mia­sto. A funk­cjo­na­riusz któ­ry pil­no­wał rodzi­ny zamor­do­wa­ne­go chłop­ca nie za bar­dzo wie­dział, jak się zacho­wać, więc głów­nie krzą­tał się po kuch­ni i parzył domow­ni­kom her­ba­tę (co przy oka­zji czy­ni­ło go sym­pa­tycz­ną i zapa­da­ją­cą w pamięć posta­cią). Te wszyst­kie drob­nost­ki spra­wia­ły, że jesz­cze bar­dziej wczu­łam się w kli­mat małe­go mia­stecz­ka, w któ­rym do tej pory naj­więk­szą zbrod­nią było to, że ktoś w nocy pod­wę­dził rol­ni­ko­wi pali­wo z trak­to­ra.

Broadchurch - szef policji

Przy okazji warto wspomnieć o tym, że w Broadchurch komendantem policji była kobieta…

W Gra­ce­po­int nie­mal wszy­scy stró­że pra­wa byli chłod­ny­mi pro­fe­sjo­na­li­sta­mi. Przez to ani przez moment nie czu­łam, że śmierć chłop­ca wstrzą­snę­ła miej­sco­wy­mi. Owszem, boha­te­ro­wie stwier­dza­li to na każ­dym kro­ku, ale same sło­wa nie wystar­cza­ły. Poza tym ten pro­fe­sjo­na­lizm poli­cji spra­wiał, że mor­der­stwo z Gra­ce­po­int pra­wie nie róż­ni­ło się od zbrod­ni, któ­re zna­łam z innych, ame­ry­kań­skich kry­mi­na­łów.

Gracepoint - szef policji

…tymczasem w Gracepoint tą samą funkcję pełnił mężczyzna, co zupełnie zmieniało (na gorsze) wydźwięk pewnych scen.

Run­dę II wygry­wa: komen­da poli­cji w Bro­ad­church

Run­da III: Tata Danny'ego

Całą rodzi­nę zamor­do­wa­ne­go chłop­ca dość trud­no jest porów­nać, bo zosta­ła ona do Gra­ce­po­int bar­dzo dokład­nie sko­pio­wa­na. Posta­ci mamy, sio­stry i bab­ci Danny'ego (a przy oka­zji tak­że chło­pa­ka sio­stry) były nie­mal iden­tycz­ne (nie­któ­re nie tyl­ko z zacho­wa­nia, ale tak­że z wyglą­du). Skup­my się więc na ojcu chłop­ca bo tyl­ko jego postać była inna.


Mark Lati­mer z Bro­ad­church był posta­cią, któ­rą naj­pro­ściej okre­ślić sło­wa­mi „swój chłop”. Miły, sym­pa­tycz­ny, pra­wie zawsze uśmiech­nię­ty. Zaga­da do każ­de­go na uli­cy i każ­dy mu odpo­wie, bo prze­cież wszy­scy go lubią. Kie­dy póź­niej widzia­łam go zdo­ło­wa­ne­go śmier­cią syna lub z róż­nych powo­dów – wście­kłe­go, przej­mo­wa­łam się dużo bar­dziej, niż w sytu­acji, gdy­bym te same emo­cje obser­wo­wa­ła u kogoś, kto na co dzień się smu­ci lub dener­wu­je.

Broadchurch - Mark Latimer

Sympatyczny uśmiech Latimera sprawiał, że lubiło się go od pierwszej sceny, w której się pojawił.

W Gra­ce­po­int mamy Mar­ka Sola­no. Teo­re­tycz­nie nale­ża­ło­by tu przy­kla­snąć, że do seria­lu zatrud­nio­no laty­no­skie­go akto­ra – Micha­ela Peñę (któ­re­go, tak na mar­gi­ne­sie, bar­dzo lubię) – i dla nie­go zmie­nio­no nazwi­sko posta­ci. Nie­ste­ty Peña zupeł­nie do tej roli nie paso­wał. Aktor przez cały czas miał wku­rzo­no-nabur­mu­szo­ną minę, przez co cięż­ko było uwie­rzyć, że Sola­no jest „swo­im chło­pem” i jesz­cze trud­niej prze­jąć jego póź­niej­szym dra­ma­tem.


Poja­wi­ły się też dwie istot­ne zmia­ny, któ­re nie­co zmie­ni­ły mój odbiór tej posta­ci. Otóż w Bro­ad­church Lati­mer miał romans z wła­ści­ciel­ką hote­lu – posta­cią ład­ną i roz­ta­cza­ją­cą wokół sie­bie urok, przez co nie dzi­wi­łam się, że facet się nią zain­te­re­so­wał. Ta sama postać w Gra­ce­po­int była pozba­wio­na tych cech, spra­wia wra­że­nie nie­co głu­piut­kiej i (w moim mnie­ma­niu) mniej uro­dzi­wej od żony Mar­ka. To powo­do­wa­ło, że romans nie tyl­ko wyda­wał się być gru­by­mi nić­mi szy­ty, ale też – wpi­sy­wał Sola­no w ste­reo­typ gorą­co­kr­wi­ste­go Laty­no­sa uga­nia­ją­ce­go się za kobie­ta­mi.

Gracepoint - Mark Solano

Mark Solano nie był nawet w połowie tak uroczy, jak jego brytyjski pierwowzór.

Jak­by tego było mało, w Gra­ce­po­int miej­sco­wy ksiądz i mama Danny'ego w mło­do­ści uczęsz­cza­li do tej samej szko­ły i byli w sobie zako­cha­ni (w Bro­ad­church duchow­ny i kobie­ta w ogó­le się w prze­szło­ści nie zna­li). To spo­wo­do­wa­ło, że kie­dy Sola­no zaczął wro­go odno­sić się do księ­dza, moż­na było to czę­ścio­wo odczy­tać jako prze­jaw zazdro­ści. I spra­wia­ło, że ojciec Danny'ego jawi się jako Laty­nos-pies ogrod­ni­ka, któ­ry sam zdra­dza żonę, ale jed­no­cze­śnie nie godzi się na to, by ona zdra­dza­ła jego.


Run­dę III wygry­wa: stu­pro­cen­to­wo bry­tyj­ski Lati­mer z Bro­ad­church

Run­da IV: Ellie Mil­ler

Poli­cjant­ka była boha­ter­ką, z per­spek­ty­wy któ­rej oglą­da­ło się prze­bieg całe­go śledz­twa. Waż­ne było więc to, by się z nią zżyć. A to, jak moc­no będzie się tą postać lubić, mia­ło duże zna­cze­nie przy odbio­rze fina­ło­we­go odcin­ka. Poza tym Mil­ler mia­ła wiel­ki wpływ na to, jak postrze­ga­ło się postać gra­ną przez Davi­da Ten­nan­ta – to ona naj­czę­ściej z nim roz­ma­wia­ła, komen­to­wa­ła jego zacho­wa­nie i sprze­ci­wia­ła jego decy­zjom.


Oli­via Col­man, któ­ra wcie­li­ła się w tą postać w Bro­ad­church, paso­wa­ła do roli jak ulał. Czę­ścio­wo z powo­du swo­je­go wyglą­du (kobie­ta nie jest jak wycię­ta z żur­na­la), ale przede wszyst­kim ze wzglę­du na grę aktor­ską.

Mil­ler jest przede wszyst­kim dobrą mat­ką i żoną. Pra­cu­je w poli­cji, ale w żad­nym wypad­ku nie przy­po­mi­na stró­żów pra­wa, któ­rych zna­my z innych fil­mów i seria­li. I gdy­by nikt nie powie­dział mi, że jest funk­cjo­na­riusz­ką – praw­do­po­dob­nie wzię­li­bym ją za panią, któ­ra pra­cu­je na poczcie. Poza tym Ellie zawsze zacho­wu­je się tak, jak wypa­da: przy­wie­zie ci pre­zent z waka­cji, zapa­rzy her­ba­ty, a jeśli przy­pad­kiem powie coś nie­grzecz­ne­go – natych­miast za to prze­pro­si. Cza­sem się zde­ner­wu­je, ale wte­dy jedy­nie tup­nie nogą, nigdy nie prze­klnie. Jest to więc postać bar­dzo zwy­czaj­na, praw­dzi­wa. Przez to przy­wią­za­łam się do niej i rozu­mia­łam ją. Kie­dy pła­ka­ła po śmier­ci naj­lep­sze­go przy­ja­cie­la swo­je­go syna, pła­ka­łam razem z nią. Gdy przy­tu­la­ła się do swo­je­go męża i mówi­ła, że go kocha – wie­rzy­łam jej na sło­wo. A kie­dy wście­ka­ła się na sze­fa – w peł­ni ją popie­ra­łam, bo mia­ła do tego pra­wo. Ale co naj­waż­niej­sze – gdy w fina­le dowie­dzia­łam się, kto zabił Danny'ego, byłam prze­ję­ta nie tyle tym, kto doko­nał zbrod­ni, ale wła­śnie Ellie, bo prze­cież to ją roz­wią­za­nie zagad­ki skrzyw­dzi­ło naj­bar­dziej.

Broadchurch - Ellie Miller

Niezwykłość Miller z Broadchurch polegała na tym, że była ona postacią… zupełnie zwyczajną. I właśnie przez to – bardzo ludzką.

Oli­vii Col­man uda­ło się to wszyst­ko zagrać. Spra­wi­ła, że postać Mil­ler, była dokład­nie taka, jak opi­sa­łam wyżej. Żad­nej z jej cech nie pod­da­wa­łam w wąt­pli­wość. I byłam w sta­nie uwie­rzyć, że gdzieś na świe­cie taka Ellie może ist­nieć napraw­dę.


Ta sama postać w Gra­ce­po­int była zupeł­nie inna. Nie wiem co praw­da, na ile sta­ło się tak za spra­wą Anny Gunn, któ­ra gra­ła Mil­ler, a ile spo­wo­do­wał sce­na­riusz i reży­se­ria. Obsta­wiam jed­nak, że zawi­ni­ła przede wszyst­kim aktor­ka, któ­ra zagra­ła mniej wię­cej tak samo, jak wcze­śniej w Bre­aking Bad. Tam jej postać była poważ­na i nie­co ozię­bła, ale to jej paso­wa­ło. W przy­pad­ku Ellie jest zupeł­nie ina­czej.

W efek­cie ani przez moment nie wie­rzy­łam, że Mil­ler z Gra­ce­po­int jest poli­cjant­ką z małe­go mia­sta. Kobie­ta wyda­wa­ła się być byłą super agent­ką FBI, któ­ra posta­no­wi­ła osiąść w spo­koj­nym mia­stecz­ku i wycho­wy­wać dzie­ci. Ellie w wyko­na­niu Gunn nie pła­cze, jedy­nie roni poje­dyn­cze łzy. Mówi że liczy się dla niej rodzi­na i miesz­kań­cy Gra­ce­po­int, ale to tyl­ko puste sło­wa. Kie­dy prze­słu­chu­je czło­wie­ka, któ­ry być może upro­wa­dził jej syna – nie widzi­my zroz­pa­czo­nej mat­ki, tyl­ko typo­wą, wście­kłą poli­cjant­kę z ame­ry­kań­skich fil­mów lub seria­li. A w fina­ło­wym odcin­ku zupeł­nie nie widać, że całe jej życie legło w gru­zach.

Gracepoint - Ellie Miller

Miller z Gracepoint nie zachowuje się, jak policjantka z małego miasteczka. Bliżej jej do twardej agentki FBI, których pełno w innych, amerykańskich filmach lub serialach.

Wiel­ką róż­ni­cę sta­no­wi­ły też rela­cje Mil­ler z Har­dym (postać Ten­nan­ta z Bro­ad­church) i Carve­rem (Ten­nant w Gra­ce­po­int). Wie­le scen i dia­lo­gów pomię­dzy tymi posta­cia­mi zosta­ło sko­pio­wa­nych, ale w Bro­ad­church wszyst­kie wypa­da­ły lepiej, głów­nie dzię­ki Oli­vii Col­man. Spo­sób mówie­nia aktor­ki oraz jej mimi­ka spra­wia­ły, że każ­dą poga­dan­kę Mil­ler z Har­dym oglą­da­łam z przy­jem­no­ścią. Czę­sto śmia­łam się, bo boha­te­ro­wie prze­ko­ma­rza­li się w spo­sób, któ­ry ewi­dent­nie miał roz­ła­do­wać napię­cie w seria­lu. Bez pro­ble­mu dostrze­głam też, iż mię­dzy tą dwój­ką zawią­zał się spe­cy­ficz­ny rodzaj przy­jaź­ni w uprosz­cze­niu pole­ga­ją­cej na tym, że Mil­ler czę­sto w jed­nej chwi­li chcia­ła­by Hardy'ego uści­snąć, a w następ­nej wydra­pać mu oczy.

Te same sce­ny z udzia­łem Anny Gunn były pozba­wio­ną emo­cji*, zwy­kłą wymia­ną zdań. Wszyst­kie te roz­mo­wy, któ­re w przy­pad­ku Bro­ad­church obej­rza­łam kil­ka­krot­nie, bo po pro­stu wyglą­da­ły i brzmia­ły świet­nie, w Gra­ce­po­int jedy­nie mnie roz­cza­ro­wy­wa­ły. I szcze­rze mówiąc to były naj­częst­sze momen­ty, w któ­rych nie­mal krzy­cza­łam do ekra­nu „jak mogli­ście to aż tak bar­dzo spie­przyć?!”

* Ok, może z tym cał­ko­wi­tym bra­kiem emo­cji prze­sa­dzi­łam; Gunn nie­mal przez cały czas wyra­ża­ła jed­ną emo­cję – wciąż zwra­ca się do Ten­nan­ta tak, jak­by mia­ła do nie­go o coś pre­ten­sje.

Run­dę IV wygry­wa: Oli­via Col­man z Bro­ad­church

Run­da V: Har­dy kon­tra Carver

Wła­ści­wie jedy­nym powo­dem, dla któ­re­go w ogó­le zasia­dłam do oglą­da­nia Gra­ce­po­int był David Ten­nant. Nie­czę­sto zda­rza się, by jakiś aktor dwa razy zagrał tą samą rolę i byłam bar­dzo cie­ka­wa, co z tego wyj­dzie. Nie­ste­ty znów się roz­cza­ro­wa­łam. Zakła­da­łam bowiem, że nawet jeśli resz­ta się nie uda, to przy­naj­mniej Ten­nant da radę. Nic z tego!


Bry­tyj­ski Har­dy był posta­cią nie­co ode­rwa­ną od rze­czy­wi­sto­ści i dodat­ko­wo bar­dzo sku­pio­ną na śledz­twie. To powo­do­wa­ło, że gdy facet zapo­mniał za coś podzię­ko­wać, popro­sić albo prze­pro­sić, lub też powie­dział coś za bar­dzo pro­sto z mostu, po dro­dze kogoś obra­ża­jąc – zawsze odczy­ty­wa­łam to jako prze­jaw wyalie­no­wa­nia tej posta­ci, a nie jej wro­dzo­ną zło­śli­wość. Co wię­cej, Ten­nant spra­wił, że wie­le z tych nie­mi­łych zacho­wań Hardy'ego wyglą­da­ło wręcz uro­czo i kocha­łam detek­ty­wa wła­śnie za jego zrzę­dze­nie.

Broadchurch - Alec Hardy

Diabeł tkwi w szczegółach, a w aktorstwie gigantyczną rolę odgrywa umiejętność pokazywania mikroekspresji, czyli drobnych, trwających ułamek sekundy, grymasów twarzy. Bo choć na pierwszy rzut oka się ich nie zauważa, mogą one diametralnie zmienić to, jak odbiera się zachowanie drugiego człowieka (lub postaci na ekranie).

Tennant dał Hardy'emu masę mikroekspresji, które sprawiły, że choć detektyw nie był sympatyczny, to nie sposób go było nie lubić.

Jak­by tego było mało: Har­dy był posta­cią bar­dzo zagad­ko­wą. Łykał jakieś tablet­ki i przez dłu­gi czas nie było wia­do­mo, czy jest cho­ry, czy też lubi sobie przy­ćpać. Poza tym w prze­szło­ści detek­tyw nie roz­wią­zał innej zagad­ki kry­mi­nal­nej i spra­wa ta wciąż się za nim cią­gnę­ła. Dzię­ki temu oglą­da­jąc serial nie tyl­ko zasta­na­wia­łam się kto zabił Danny'ego, ale tak­że gło­wi­łam nad tym, co takie­go wcze­śniej przy­da­rzy­ło się Hardy'emu. I gdy w koń­cu tajem­ni­ca wyszła na jaw – napraw­dę prze­ję­łam się losem detek­ty­wa.

Bar­dzo podo­ba­ło mi się tak­że to, w jaki spo­sób zakoń­czo­no wątek tej posta­ci. Niby było to gorz­kie, pyr­ru­so­we zwy­cię­stwo, ale gdy w ostat­niej chwi­li usły­sza­łam o Klu­bie Byłych Detek­ty­wów, to poja­wił się prze­błysk nadziei na to, że w przy­szło­ści Har­dy i Mil­ler jakoś sobie pora­dzą.

Dodat­ko­wo w Bro­ad­church zna­la­zło się kil­ka insi­de joków zwią­za­nych z Ten­nan­tem (obsta­wiam, że do dorob­ku innych akto­rów gra­ją­cych w seria­lu też poja­wi­ły się jakieś nawią­za­nia, ale ja nie potra­fi­łam ich wyła­pać). Uśmiech­nę­łam się więc, gdy Har­dy wci­nał lody, niczym detek­tyw z Black­po­ol albo gdy w jed­nym z odcin­ków ktoś zapy­tał go, czy detek­tyw nie jest przy­pad­kiem przy­by­szem z innej pla­ne­ty.


Jak pisa­łam wcze­śniej – ogrom­ny wpływ na to, jak odbie­ra­ło się postać gra­ną przez Ten­nan­ta, mia­ła Ellie Mil­ler. A ta – co już sobie wyja­śni­li­śmy – w Gra­ce­po­int wypa­dła fatal­nie. Jed­nak to nie był jedy­ny pro­blem ame­ry­kań­skie­go Carve­ra. Detek­tyw nie był tak sym­pa­tycz­ny, jak Har­dy i zda­wał się po pro­stu być głu­pim bucem, któ­re­go zupeł­nie nie potra­fi­łam polu­bić.

Nie wiem, ile w tym „zasłu­gi” Ten­nan­ta, a ile reży­se­ra i mon­ta­ży­stów, ale Carver został też znacz­nie gorzej zagra­ny. Har­dy miał błysk w oku, czę­sto roz­glą­dał się cie­ka­wie, cza­sem zro­bił zdzi­wio­ną minę, kie­dy indziej gesty­ku­lo­wał lub mówił coś w bar­dziej dyna­micz­ny spo­sób. Ogól­nie bar­dzo wie­le rze­czy wyra­żał samą tyl­ko mową cia­ła. Nato­miast Carver non stop snuł się po ekra­nie z nie­zmien­ną, nadą­sa­ną miną i smut­nym spoj­rze­niem. Zupeł­nie jak­by Ten­nan­to­wi nie chcia­ło się go grać. A może było mu po pro­stu przy­kro, że nie mógł mówić ze swo­im natu­ral­nym, szkoc­kim akcen­tem?

Gracepoint - Emmett Carver

Największą zagadką Gracepoint jest to, dlaczego występ Tennanta w tym serialu jest nieporównywalnie gorszy od tego w Broadchurch.

Tajem­ni­cze tablet­ki zosta­ły zamie­nio­ne na zastrzy­ki, któ­re Carver z roz­ma­chem wbi­jał sobie w udo. Przez to coś, co w Bro­ad­church zosta­ło poka­za­ne sub­tel­nie i w spo­sób pełen nie­do­po­wie­dzeń, w Gra­ce­po­int pre­zen­to­wa­ło się zbyt wyraź­nie. Zupeł­nie jak­by twór­cy seria­lu chcie­li, by widzo­wie nie mie­li żad­nych wąt­pli­wo­ści, że detek­tyw jest poważ­nie cho­ry. Nato­miast w przy­pad­ku nie­roz­wią­za­nej spra­wy sprzed lat zadzia­łał podob­ny mecha­nizm, jak przy Mil­ler – nie lubi­łam Carve­ra, więc gdy ten w koń­cu wyja­śnił, o co cho­dzi, zupeł­nie się tym nie prze­ję­łam.

Dodat­ko­wo w Gra­ce­po­int roz­wi­nę­ło wątek rodzi­ny detek­ty­wa, poka­za­no jego cór­kę oraz jej rela­cję z ojcem. I nie do koń­ca wiem, co o tym myśleć. Z jed­nej stro­ny faj­nie, bo zoba­czy­łam Carve­ra-rodzi­ca. Z dru­giej nato­miast było to typo­we dla ame­ry­kań­skich pro­duk­cji fami­ly reu­nion. Nie licząc już tego, że zmie­ni­ło ono zakoń­cze­nie losów detek­ty­wa na bar­dziej szczę­śli­we. I wła­śnie ta ostat­nia zmia­na moim zda­niem wca­le nie była dobrym roz­wią­za­niem.


Run­dę V wygry­wa: Har­dy, czy­li zno­wu Bro­ad­church

Run­da VI: Kli­fy

Kra­jo­braz w Bro­ad­church był nie tyl­ko tłem i deko­ra­cją, ale tak­że w pew­nym sen­sie dodat­ko­wym boha­te­rem. Kli­fy były świad­ka­mi mor­der­stwa, zło­wro­go pię­trzy­ły się nad gło­wa­mi boha­te­rów, pod­kre­śla­ły ich małość i samot­ność. Ale zara­zem: wido­ki były pięk­ne, nie moż­na było ode­rwać od nich wzro­ku. Czło­wiek chciał­by się zachwy­cić, ale to nie do koń­ca wypa­da­ło, bo prze­cież w tych wspa­nia­łych oko­licz­no­ściach przy­ro­dy popeł­nio­na zosta­ła strasz­li­wa zbrod­nia. Bar­dzo faj­nie pre­zen­to­wa­ły się też wstaw­ki z tytu­łem seria­lu, któ­re poja­wia­ły się przed i po prze­rwach rekla­mo­wych – niby były to zupeł­nie nie­win­ne widocz­ki, ale ich oglą­da­nie wywo­ły­wa­ło ciar­ki.

Broadchurch - klify

Może się wydawać, że to drobnostka, ale Broadchurch zostało naprawdę bardzo ładnie nakręcone.

W Gra­ce­po­int spra­wa ma się pro­sto: kli­fy nie przy­po­mi­na­ją kli­fów, tyl­ko pozba­wio­ne maje­sta­tu góry bło­ta. Przy­ro­da jest jedy­nie tłem, jej poka­zy­wa­nie ogra­ni­cza się do mini­mum, a jeśli się już poja­wia – nie wywo­łu­je żad­nych emo­cji.

Gracepoint - klify

Kadry, którymi ilustruję wpis, nie są najlepszym punktem odniesienia, bo wersja Gracepoint, którą dysponuję, ma dość kiepską jakość. Niemniej nawet, jeśli przymknie się oko na kolorystykę (która w lepszej jakości byłaby ładniejsza) – ujęcia w amerykańskiej wersji serialu nie były tak przemyślane i dopracowane, jak w brytyjskim oryginale.

Run­dę VI wygry­wa­ją: kli­fy z Bro­ad­church

Run­da VII: Sce­ny doda­ne

Gra­ce­po­int mia­ło jed­ną prze­wa­gę nad Bro­ad­church: ame­ry­kań­ska wer­sja seria­lu mia­ła o dwa odcin­ki wię­cej. Czy za to pro­duk­cji nale­ży się przy­naj­mniej jeden, hono­ro­wy punkt? Nie.

Więk­szość dodat­ko­wych scen wyglą­da­ła bowiem jak rze­czy usu­nię­te z Bro­ad­church, z któ­rych zre­zy­gno­wa­no, bo stwier­dzo­no, że nie będą dobrze wyglą­dać (jak na przy­kład poka­za­nie momen­tu samo­bój­stwa Jac­ka). Poja­wił się też, roz­pi­sa­ny na cały odci­nek, motyw z włó­czę­gą i zagi­nię­ciem syna Ellie Mil­ler, któ­ry oka­zał się być jedy­nie nic nie wno­szą­cym do fabu­ły zapy­cha­czem.

Zupeł­nie nie podo­ba­ły mi się też zmia­ny w fabu­le (przy­kła­do­wo wspo­mnia­ne już poka­za­nie cór­ki Carve­ra oraz wątek szkol­nej zna­jo­mo­ści księ­dza i mamy Danny'ego) oraz zmo­dy­fi­ko­wa­ne zakoń­cze­nie.

Run­da VII: minus jeden punkt dla Gra­ce­po­int

Koń­co­wy wynik:

Bro­ad­church: 7 punk­tów

Gra­ce­po­int: mniej niż zero

Ame­ry­ka­nie strol­lo­wa­ni?

Tak jak od począt­ku przy­pusz­cza­łam: Gra­ce­po­int oka­za­ło się bar­dzo kiep­ską pod­rób­ką Bro­ad­church. Nic nie było lep­sze, a wie­le rze­czy wypa­dło nawet dużo gorzej, niż w ory­gi­na­le. Ame­ry­ka­nom nie tyl­ko nie uda­ło się odwzo­ro­wać kli­ma­tu bry­tyj­skiej pro­duk­cji, ale też nie zgro­ma­dzi­li odpo­wied­niej gru­py akto­rów, któ­rzy paso­wa­li­by do ról, jakie mie­li zagrać. Tro­chę szko­da Anny Gunn, bo tą zawsze okre­śla się mia­nem uta­len­to­wa­nej aktor­ki, a tu nagle wyszło, że w porów­na­niu z Oli­vią Col­man, Gunn jest total­nym bez­ta­len­ciem.

Zasta­na­wia mnie nato­miast jed­no. Ame­ry­ka­nie zapro­si­li do współ­pra­cy nie tyl­ko Ten­nan­ta, ale tak­że twór­cę Bro­ad­church – Chri­sa Chib­nal­la. Dla­cze­go więc Gra­ce­po­int się nie uda­ło, sko­ro za ste­ra­mi seria­lu sie­dzia­ła ta sama oso­ba? Racjo­nal­ne wytłu­ma­cze­nie jest pro­ste: Chib­nall i Ten­nant musie­li dosto­so­wać się do wymo­gów ame­ry­kań­skich pro­du­cen­tów (dla­te­go Ten­nant porzu­cił swój pięk­ny, szkoc­ki akcent) i tym samym tak napraw­dę nie mie­li duże­go wpły­wu na koń­co­wy wygląd seria­lu.

Ja jed­nak mam nie­co inną, bar­dziej zło­śli­wą (i przy oka­zji dość nie­praw­do­po­dob­ną) teo­rię. Mia­no­wi­cie myślę, że Chib­nall spe­cjal­nie nie sta­rał się, by Gra­ce­po­int się uda­ło. Bo czy coś może być lep­szą pro­mo­cją dla Bro­ad­church niż komen­ta­rze widzów „Gra­ce­po­int jest do kitu, bry­tyj­ski ory­gi­nał był znacz­nie lep­szy”. I czy to tyl­ko zbieg oko­licz­no­ści, że zwia­stun dru­gie­go sezo­nu Bro­ad­church został poka­za­ny tego same­go dnia, co finał Gra­ce­po­int? Nie wyda­je mi się! Jak dla mnie prze­kaz był ewi­dent­ny: „spo­koj­nie, w stycz­niu wró­ci wasz ulu­bio­ny serial, nie musi­cie już oglą­dać ame­ry­kań­skich pod­ró­bek”. Czy wy też dostrze­ga­cie w tym wiel­ki spi­sek?


A tu ten zwia­stun, tak na dobre zakoń­cze­nie wpi­su:

źró­dła zdjęć wyko­rzy­sta­nych w obraz­ku ilu­stru­ją­cym wpis: Cre­ati­ve Conver­sa­tion, IMDb; pozo­sta­łe zdję­cia ilu­stru­ją­ce wpis są kadra­mi z seria­li Bro­ad­churchGra­ce­po­int

Wpis pocho­dzi z poprzed­niej wer­sji blo­ga. Został zre­da­go­wa­ny i nie­znacz­nie zmo­dy­fi­ko­wa­ny.

Ory­gi­nal­ny tekst możesz prze­czy­tać tutaj, a jego póź­niej­szą, popra­wio­ną wer­sję (z więk­szą ilo­ścią komen­ta­rzy) tutaj.

Pragniesz większej ilości Dyrdymałów?
Chcesz być na bieżąco informowany o nowych postach?
Masz konto na Facebooku?
Przyłącz się do facebookowej grupy Hołkołaków!

Komentarze:
  • jaś,

    Zga­dzam się w 100%. Nie ma co porów­ny­wać wer­sji ame­ry­kań­skiej do angiel­skiej ,bo gów­na z twa­ro­giem nie da się porów­nać. Tak samo jak ame­ry­kań­skiej wer­sji The Kil­ling z duń­ską dokład­nie jest to samo czy­li ame­ry­kań­skie gów­no. Pozdra­wiam

  • jaś,

    Zga­dzam się w 100%. Nie ma co porów­ny­wać wer­sji ame­ry­kań­skiej do angiel­skiej ,bo gów­na z twa­ro­giem nie da się porów­nać. Tak samo jak ame­ry­kań­skiej wer­sji The Kil­ling z duń­ską dokład­nie jest to samo czy­li ame­ry­kań­skie gów­no. Pozdra­wiam

  • sis,

    Wła­śnie skoń­czy­li­śmy dwa sezo­ny Bro­ad­church - serial wyśmie­ni­ty, uję­cia wręcz foto­gra­ficz­ne, pocz­tów­ko­we. Prze­czy­ta­łam two­je porów­na­nie ame­ry­kań­skiej wer­sji i bry­tyj­skiej aż z wypie­ka­mi na twa­rzy, bo widzisz mi wystar­czy­ło, że naj­rza­łam tra­iler do Gra­ce­po­int i już zapach­nia­ło w powie­trzu szmi­rą. Twój post mnie upew­nił jedy­nie. Cze­ka­my teraz na sezon 3 🙂

    • Hołka,

      Też nie mogę docze­kać się 3-go sezo­nu!
      Cie­szę się, że mój wpis znie­chę­cił cię do Gra­ce­po­int, bo na ten serial napraw­dę szko­da ner­wów. Cho­ciaż sły­sza­łam, że ludzie, któ­rzy nie zna­li Bro­ad­church i zoba­czy­li jedy­nie Gra­ce­po­int, byli tą ame­ry­kań­ską pod­rób­ką zachwy­ce­ni.

  • sis,

    Wła­śnie skoń­czy­li­śmy dwa sezo­ny Bro­ad­church - serial wyśmie­ni­ty, uję­cia wręcz foto­gra­ficz­ne, pocz­tów­ko­we. Prze­czy­ta­łam two­je porów­na­nie ame­ry­kań­skiej wer­sji i bry­tyj­skiej aż z wypie­ka­mi na twa­rzy, bo widzisz mi wystar­czy­ło, że naj­rza­łam tra­iler do Gra­ce­po­int i już zapach­nia­ło w powie­trzu szmi­rą. Twój post mnie upew­nił jedy­nie. Cze­ka­my teraz na sezon 3 🙂

    • Hołka,

      Też nie mogę docze­kać się 3-go sezo­nu!
      Cie­szę się, że mój wpis znie­chę­cił cię do Gra­ce­po­int, bo na ten serial napraw­dę szko­da ner­wów. Cho­ciaż sły­sza­łam, że ludzie, któ­rzy nie zna­li Bro­ad­church i zoba­czy­li jedy­nie Gra­ce­po­int, byli tą ame­ry­kań­ską pod­rób­ką zachwy­ce­ni.

  • Marlena Bier,

    Bar­dzo inte­re­su­ją­ce jest to Two­je porów­naw­cze spoj­rze­nie 🙂 Widzisz, cier­pli­wie i cier­pięt­ni­czo oglą­da­jąc "Gra­ce­po­int", trzy­ma­jąc wyso­ko swój fanow­ski sztan­dar, cały czas zada­wa­łam sobie bowiem dwa pyta­nia: Czy polu­bi­ła­bym Gra­ce­po­int gdy­bym nie zna­ła Bro­ad­church? I czy mia­ła­bym szan­sę zostać fan­ką Davi­da Ten­nan­ta, gdy­bym była sta­ty­stycz­nym Ame­ry­ka­ni­nem, któ­ry go widział tyl­ko w tej roli, a powiedz­my, że sły­szał o innych?

    Moim skrom­nym zda­niem Gra­ce­po­int prze­gra­ło głów­nie dla­te­go, że nie było Bro­ad­church, co Twój tekst świet­nie wyła­pał. Nie chcą powta­rzać Two­ich argu­men­tów pod­kre­ślę tyl­ko, że zga­dzam się z tym, że tutej­si miesz­kań­cy jed­nak byli zupeł­nie papie­ro­wi, nie wzbu­dza­ją­cy już tych emo­cji, w więk­szo­ści sztucz­ni, pozba­wie­ni odpo­wied­nich emo­cji. Może i nie jestem spe­cja­li­stą, ale wybór akto­ra do roli Mar­ka Sola­no to jakiś castin­go­wy kosz­mar… Z góry prze­pra­szam fanów tego akto­ra, ale chy­ba w życiu nie widzia­łam kogoś, kto by mi tak nie paso­wał do roli… Poza tym chy­ba nikt inny też spe­cjal­nie nie pasu­je tu do swo­jej roli. Chloe nie wyglą­da na 15 lat, Ellie nie wyglą­da jak­by kocha­ła męża i syna, pan Mil­ler nie jest łysy, co jak wie­my mia­ło zna­cze­nie, Owen nie wyglą­da na żół­to­dzio­ba w swo­im fachu, a Renee jest zbyt mło­da na men­tor­kę, sze­fo­wa gaze­ty jest zło­śli­wa, a nie docie­kli­wa, a Mark nie umie pła­kać i wyra­żać miło­ści, że nie wspo­mnę o księ­dzu, któ­ry w dziw­ny spo­sób usku­tecz­nia ideę miło­ści bliź­nie­go… Do tego to, co zosta­ło z cudow­nej rela­cji pomię­dzy dwój­ka głów­nych detek­ty­wów, to nawet nie są reszt­ki. Anna Gun to moim zda­niem nie­zła aktor­ka, ale rolę Ellie zagra­ła bar­dzo pła­sko, nie­mal bez emo­cji, a gdy pró­bo­wa­ła swój punkt widze­nia wyja­śniać Emet­to­wi, to zamiast zagu­bio­nej czy zroz­pa­czo­nej była wprost pro­tek­cjo­nal­na i nie­przy­jem­na, cza­sem jak­by tłu­ma­czy­ła coś małe­mu dziec­ku. Przy­kro mi, ale nie­wia­ry­god­na też była jej roz­pacz po zagi­nię­ciu syna czy smu­tek, gdy infor­mo­wa­ła go o śmier­ci przy­ja­cie­la… Zaś Emett, o mat­ko jedy­na, o tym to ja bym esej napi­sa­ła! Począw­szy od idio­tycz­ne­go imie­nia, przez jesz­cze bar­dziej idio­tycz­ną fry­zu­rę, aż po jego nie­ustan­ną pod­skór­ną złość na cały świat i apa­ry­cję wście­kłe­go psa, goto­we­go do ata­ku w każ­dym momen­cie… Oj, nie była to wca­le żad­na tam zamknię­ta na świat, skrzyw­dzo­na isto­ta, ale zwy­kły … oj, kil­ka mi się tu okre­śleń ciśnie na usta, ale to może nie na Two­im pięk­nym blo­gu 🙂
    I tak oglą­da­jąc kolej­ne odcin­ki naszła mnie reflek­sja, że może i serial ten mógł­by być dobrze ode­bra­ny przez ame­ry­kań­skie spo­łe­czeń­stwo, któ­re pro­ce­du­ra­le na temat pra­cy poli­cji, zwłasz­cza wydzia­łu zabójstw, wysy­sa z mle­kiem matek… Gdy zna się ory­gi­nał, to aż rzu­ca się w oczy to podo­bień­stwo do tego co od lat oglą­da­my, to, że wszyst­ko nagle sta­ło się takie ame­ry­kań­skie aż do bólu zębów i kości… No wiec po pierw­sze detek­ty­wi… Oczy­wi­ście muszą pić kawę (cho­ciaż Alec jej nie pił z sen­sow­nych powo­dów), nosić broń niczym powie­wa­ją­cy sztan­dar, koniecz­nie w kabu­rze przy pasie (jeny, dobrze, że nie na tych śmiesz­nych szel­kach) i robić wiel­kie halo, gdy szef karze ja odło­żyć na biur­ko w osta­tecz­nym sym­bo­lu degra­da­cji, muszą urzą­dzać wiel­kie pości­gi i wrzesz­czeć na sze­fa, żeby zdo­był nakaz prze­szu­ka­nia domu… Koniecz­nie musi być sce­na, w któ­rej CSI prze­sie­wa dowo­dy poszu­ku­jąc włó­kien na ubra­niach i w nad­przy­ro­dzo­ny spo­sób łączy mate­riał, z któ­re­go wyko­na­na jest desko­rol­ka z inny­mi dowo­da­mi, tudzież chwa­li się ile dokład­nie paznok­ci zba­da­li na pla­ży. Oczy­wi­ście, musi być wię­cej dra­ma­tycz­nie agre­syw­nych scen, w tym obo­wiąz­ko­wy pra­wy lub lewy sier­po­wy, patrzeć: Emett wyrzu­ca­ją­cy jasno­wi­dza z domu Sola­no albo Mark dobie­ra­ją­cy się do skó­ry księ­dza, tudzież radzą­cy sobie z foto­re­por­te­ra­mi, no że nie wspo­mnę o samym duchow­nym tłu­ma­czą­cym bar­dzo dobit­nie jasno­wi­dzo­wi jak dale­ko ma się trzy­mać od Beth… Sko­ro ame­ry­kań­skie stan­dar­dy, to musi być też ame­ry­kań­skie spoj­rze­nie na związ­ki… Zamiast porad mał­żeń­skich, mamy nie­mal­że romans Beth z księ­dzem, pod­szy­ty szum­ną prze­szło­ścią (no i po co mi wie­dzieć z kim się cało­wał ksiądz pierw­szy raz), zaś dia­log mię­dzy Ellie a "dir­ty Hugo" idzie zde­cy­do­wa­nie zbyt dale­ko, że nie wspo­mnę o pło­mien­nym związ­ku mło­dych dzien­ni­ka­rzy, brrr… Dalej, dziw­ne podej­ście do funk­cji kościo­ła (bo z tym kościo­łem to raczej euro­pej­ski wymysł), gdzie ksiądz mówi krót­kie kaza­nia, za to śpie­wa pie­śni Boże dla kura­żu w środ­ku lasu… Do tego musi być koniecz­nie dra­mat, a więc mamy domnie­ma­ne porwa­nie syna poli­cjant­ki i jego dra­ma­tycz­ne poszu­ki­wa­nia… Musi być też popraw­ność poli­tycz­na w sty­lu ame­ry­kań­skim, w imię któ­rej zapew­ne ksiądz nie mówi Hard'emu, że ten w nic nie wie­rzy, poja­wia się rodzi­na Mek­sy­kań­ska i przed­sta­wi­cie­le rasy czar­nej, któ­rym jest cię­żej niż innym, a … wszy­scy sze­fo­wie (z wyjat­kiej nie­wiel­kiej lokalnj gaze­ty) to męż­czyź­ni hehe 🙂 No i na koniec, po ame­ry­kań­sku, a więc łopa­to­lo­gicz­nie, bo nicze­go nie moż­na zosta­wić przy­pad­ko­wi, dokład­nie więc widzi­my sce­nę samo­bój­stwa Jac­ka Rein­hol­da, wywiad Beth dla gaze­ty czy roz­wój rela­cji Hardy'ego z cór­ką, żad­nych nie­do­po­wie­dzeń, żeby tam widz sobie nie wymy­ślił cze­goś, co by było nie­zgod­ne z zamy­słem twór­ców … A co naj­śmiesz­niej­sze, to ska­so­wa­no naj­bar­dziej ame­ry­kań­ski motyw ze wszyst­kich, czy­li… chłop­ców roz­wo­żą­cych gaze­ty i gdzie ta logi­ka ?! No i ta drma­tycz­na koń­ców­ka... Serio? Taki mały jesz­cze jed­nak chło­piec ani sło­wem czy gestem nie zdra­dził­by jakie brze­mię mu cią­ży? Żad­nych poro­zu­mie­waw­czych spoj­rzeń z ojcem, itp.?
    No więc wer­dykt… Gdy­bym widzia­ła Gra­ce­po­int nie zna­jąc ory­gi­na­łu, jako rodo­wi­ty Ame­ry­ka­nin, pew­nie bym je polu­bi­ła, jak milion innych podob­nych seria­li, choć pew­nie zasta­na­wia­ła­bym się "o co tyle szu­mu", nie sadząc wca­le, że jest genial­ne. Ot, przy­jem­na wie­czor­na roz­ryw­ka i tyle. Jed­nak sko­ro pozna­łam miesz­kań­ców Bro­ad­church, oh… nie mogę się oprzeć myśli, że to dru­gie to tyl­ko kiep­ska pod­rób­ka, jak szkol­ne wypra­co­wa­nie napi­sa­ne przez kole­gę, w któ­rym zmie­nia się parę imion i fak­tów "dla nie­po­zna­ki", powo­du­jąc total­ny bała­gan. Brrr… wrr…
    Jeśli idzie zaś o Davi­da, to strasz­nie mi przy­kro, ale nie… nie mogła­bym go poko­chać po Gra­ce­po­int. No i tak szcze­rze, to pew­nie odrzu­ci­ła­bym kolej­ny film z jego udzia­łem, gdy­bym sobie przy­po­mnia­ła gębę Emet­ta Carve­ra … Jak dobrze, że zagrał póź­niej tego paskud­ne­go Kilgrav'a, bo teraz ame­ry­ka­nie mają peł­ne pra­wo go uwiel­biać, jak­kol­wiek dziw­nie to brzmi w kon­tek­ście tej roli 😉 David wyrzu­cił ze swo­jej posta­ci wszyst­ko, co w niej było pięk­ne i szcze­rze, jak­bym mia­ła takie­go sze­fa, to bym go chy­ba poda­ła o mob­bing, a Ame­ry­ka­nie prze­cież lubią się podob­no sądzić… No i przez cały czas mia­łam wra­że­nie, ze jego tak potwor­nie męczy ame­ry­kań­ski akcent. Poza tym oni tam w ogó­le nie umie­ją się obcho­dzić z twa­rzą Davi­da, któ­ra jest jego chy­ba naj­bar­dziej feno­me­nal­nym aktor­skim narzę­dziem! Pra­wie w cale nie dali mu zbli­żeń na oczy, a w mojej uko­cha­nej sce­nie wyzna­nia praw­dy foto­re­por­te­rom zepsu­li wszyst­kie nie­mal uję­cia, krę­cą go jakoś tak z boku, nie mówiąc o tym, że ją skró­ci­li i odł­za­wi­li, tak­że, serio, pomy­śla­łam raczej "dobrze ci tak", niż "przy­tul­cie go". Och, ależ ja się nazgrzy­ta­łam zęba­mi. No i nie mogłam potem uwie­rzyć, ze David tej roli tak bro­nił w wywia­dach… No wiem, wiem, cudow­ny gen­tel­man, raso­wy dyplo­ma­ta, ale jed­nak to mu nie wyszło i czu­ję, ze on o tym wie… I dobrze może, bo jak­by nam David za oce­anem został, to pew­nie prze­stał­by gry­wać w cud­nych pro­duk­cjach typu "Reco­ve­ry", na rzecz szum­nych tytu­łów, po któ­rych się z kacem z kina wycho­dzi 😉

    Mam nadzie­ję że niko­go nie ura­zi­łam pisząc o tej "ame­ry­kań­sko­ści" Gra­ce­po­int z przmu­ru­że­niem oka, jed­nak aż chce się­tu zało­żyć chec­kli­stę i wykre­ślać kolej­ne punk­ty w tej mate­rii...

    • Hołka,

      Och, jak ty pięk­nie hej­tu­jesz ten serial! 😀

      Jak dobrze, że zagrał póź­niej tego paskud­ne­go Kilgrav'a, bo teraz ame­ry­ka­nie mają peł­ne pra­wo go uwiel­biać

      To jest praw­do­po­dob­nie naj­lep­sza rzecz, jaką prze­czy­ta­łam – zarów­no odno­śnie Gra­ce­po­int, jak i Kilgrav'a! Bra­wo!!! 😀

      przez cały czas mia­łam wra­że­nie, ze jego tak potwor­nie męczy ame­ry­kań­ski akcent

      Tak. A Ten­nant maru­dzi, że nie wycho­dzi mu mówie­nie z połu­dnio­wo-afry­kań­skim akcen­tem. Czy on nie sły­szał, jak brzmi, kie­dy mówi po ame­ry­kań­sku? 😛

      Swo­ją dro­gą, po trze­cim sezo­nie Bro­ad­church, z cie­ka­wo­ści jesz­cze raz obej­rza­łam jak w Gra­ce­po­int wyglą­da­ła rela­cja Carve­ra z jego cór­ką. I nie – nawet to nie wyszło im dobrze. Nawet wte­dy, kie­dy nie mie­li jesz­cze od kogo "odga­piać".

      PS. Prze­pra­szam, że piszę tak krót­ko, ale zbie­ram się do dłu­go-week­en­do­we­go wyjaz­du i nie mam cza­su na dłuż­sze Dyr­dy­ma­le­nie. Może po powro­cie dopi­szę tu jesz­cze jeden, dłuż­szy komen­tarz. 🙂

      • Marlena Bier,

        Super, że jed­nak zna­la­złaś minut­kę dla mnie 🙂 Życzę uda­ne­go wyjaz­du i prze­mi­le spę­dzo­ne­go cza­su 🙂 A tak na mar­gi­ne­sie, w naszej kon­wer­sa­cji za naj­pięk­niej­sze uwa­żam to, że nikt nie wywie­ra na nikim pre­sji, więc jeśli kie­dy­kol­wiek nie mia­ła­byś cza­su, nie przej­muj się, zawsze pocze­kam cier­pli­wie 🙂
        Dzię­ku­ję za kom­ple­ment i cie­szę się, że Ci się spodo­bał komen­tarz, bo się przez chwi­lę zasta­na­wia­łam, czy nie prze­sa­dzi­łam trosz­kę z tą zło­śli­wo­ścią, ale aż mi ulży­ło gdy się tak pisem­nie wyzło­ści­łam na ten seria, tak­że znów dzię­ki, tym razem za oka­zję l 🙂 Jeśli będzie Ci się chcia­ło to chęt­nie poczy­tam Twój dłuż­szy komen­tarz, bo mówiąc szcze­rze, choć gene­ral­nie jestem pozy­tyw­nie nasta­wio­na do świa­ta, a do wszyst­kie­go co się pre­zen­tu­je na szkla­nym ekra­nie pod­cho­dzę zawsze z dozą dużej wyro­zu­mia­ło­ści, to ten serial nie­co mnie roz­stro­ił. Szczę­ście, że cho­ciaż uśmiech Davi­da się nie zmie­nił 🙂 Zaś jeśli idzie o jego akcent... świet­nie to uję­łaś 🙂 Z ame­ry­kań­skim akcen­tem bie­dak brzmi tak nie­na­tu­ral­nie, że aż bole­śnie. Myślę sobie, że na to, jak dosko­na­ły oka­zał się być w roli Kilgrav'a też miał wpływ fakt,że mógł mówić z angiel­skim, nie ame­ry­kań­skim, akcen­tem hehe 🙂

        • Hołka,

          jeśli kie­dy­kol­wiek nie mia­ła­byś cza­su, nie przej­muj się, zawsze pocze­kam cier­pli­wie 🙂

          Tak, wiem. Ale wola­łam ci zgło­sić, że mnie nie będzie, żebyś nie mar­twi­ła się, że nie­spo­dzie­wa­nie prze­pa­dłam bez wie­ści. 🙂

          się przez chwi­lę zasta­na­wia­łam, czy nie prze­sa­dzi­łam trosz­kę z tą zło­śli­wo­ścią

          Daj spo­kój – kul­tu­ral­nej zło­śli­wo­ści nigdy za wie­le! 😉

          A wra­ca­jąc do two­je­go poprzed­nie­go komen­ta­rza…

          cały czas zada­wa­łam sobie bowiem dwa pyta­nia: Czy polu­bi­ła­bym Gra­ce­po­int gdy­bym nie zna­ła Bro­ad­church? I czy mia­ła­bym szan­sę zostać fan­ką Davi­da Ten­nan­ta, gdy­bym była sta­ty­stycz­nym Ame­ry­ka­ni­nem, któ­ry go widział tyl­ko w tej roli, a powiedz­my, że sły­szał o innych?

          Ja pod­czas oglą­da­nia też zasta­na­wia­łam się nad tym pierw­szym i doszłam do wnio­sku, że raczej bym Gra­ce­po­int nie polu­bi­ła, bo serial nawet na tle innych, ame­ry­kań­skich pro­duk­cji wypadł kiep­sko (i nawet w USA się nie spodo­bał, bo miał kiep­ską oglą­dal­ność).

          Nie zasta­na­wia­łam się jed­nak nad tym, czy polu­bi­ła­bym Ten­nan­ta, gdy­bym widzia­ła go tyl­ko w tej roli. Ale wyda­je mi się, że raczej nie. Z pro­ste­go powo­du – żeby zain­te­re­so­wać się jakimś akto­rem naj­pierw muszę zain­te­re­so­wać się posta­cią, któ­rą gra. A Carver nie był boha­te­rem, któ­ry by mnie zacie­ka­wił.

          Może i nie jestem spe­cja­li­stą, ale wybór akto­ra do roli Mar­ka Sola­no to jakiś castin­go­wy kosz­mar

          To jest w ogó­le cie­ka­we, że w Gra­ce­po­int gra­ło wie­lu dobrych akto­rów, ale nie potra­fi­li się oni zna­leźć w swo­ich rolach. Przy czym, jak już kie­dyś wspo­mi­na­łam – na suk­ces fil­mu lub seria­lu wpły­wa tak wie­le czyn­ni­ków, że cięż­ko jest stwier­dzić, co dokład­nie w przy­pad­ku Gra­ce­po­int poszło nie tak jak trze­ba. Ile było w tym winy akto­rów, ile złe­go castin­gu lub sce­na­riu­sza, a ile reży­se­ra (podob­no nie­któ­rzy Ame­ry­ka­nie nie rozu­mie­ją bry­tyj­skie­go akcen­tu, więc może akto­rzy nie mogli się doga­dać z bry­tyj­skim reży­se­rem, Jame­sem Stron­giem? 😛 ).

          Przy czym, pyta­nie "co poszło nie tak?" jest w tym przy­pad­ku tak cie­ka­we, że napraw­dę chcia­ła­bym mieć TAR­DIS oraz czap­kę-nie­wid­kę, cof­nąć się w cza­sie i zoba­czyć, co dzia­ło się zarów­no za kuli­sa­mi Bro­ad­church, jak i Gra­ce­po­int, i tym samym spraw­dzić, cze­mu te dwa seria­le jako­ścio­wo tak bar­dzo się od sie­bie róż­nią.

          Dodat­ko­wo wyda­je mi się, że mógł tu zadzia­łać mecha­nizm, któ­ry ostat­nio jest zmo­rą wie­lu block­bu­ste­rów – twór­cy Gra­ce­po­int z góry zało­ży­li, że serial będzie hitem (zupeł­nie ina­czej, niż w przy­pad­ku Bro­ad­church, gdzie prze­cież wszy­scy byli zasko­cze­ni suk­ce­sem tej pro­duk­cji). A jak to mówią: "pycha kro­czy przed upad­kiem".

          Zaś Emett, o mat­ko jedy­na, o tym to ja bym esej napi­sa­ła! Począw­szy od idio­tycz­ne­go imie­nia

          Oj, tu prze­sa­dzi­łaś! Emmett to bar­dzo dobre imię, jak możesz na nie narze­kać?! 😛

          https://​media​.giphy​.com/​m​e​d​i​a​/​K​a​y​V​J​5​l​k​B​8​4​r​m​/​g​i​p​h​y​.​gif

          David wyrzu­cił ze swo­jej posta­ci wszyst­ko, co w niej było pięk­ne i szcze­rze

          Zasta­na­wiam się nad tym, czy postać Carve­ra była­by lep­sza, gdy­by po pierw­sze David mówił ze szkoc­kim akcen­tem (bo mówiąc w ten spo­sób spra­wiał, że nawet obe­lgi oraz inne zło­śli­wo­ści były miłe dla ucha), a po dru­gie – gdy­by znów towa­rzy­szy­ła mu Oli­via Col­man (BTW, cie­ka­we, jak Oli­via pora­dzi­ła­by sobie z ame­ry­kań­skim akcen­tem? 😛 )

          No i nie mogłam potem uwie­rzyć, ze David tej roli tak bro­nił w wywia­dach…

          Pomi­ja­jąc to, że jak już wspo­mnia­łaś – Ten­nant jest gen­tle­ma­nem, myślę, że dla nie­go to było cie­ka­we, aktor­skie wyzwa­nie – zagrać tą samą, ale jed­no­cze­śnie nie­co inną postać. Może dla­te­go tak bro­ni tego seria­lu? I może przy oka­zji wie, że zarów­no on, jak i resz­ta eki­py Gra­ce­po­int, wło­ży­ła w pra­cę masę ser­ca i dała z sie­bie wszyt­ko, ale potem, w post-pro­duk­cji, coś poszło nie tak.

          Muszę jed­nak dodać, że oso­bi­ście – zupeł­nie nie­ra­cjo­nal­nie – będę obsta­wać przy teo­rii spi­sko­wej, że Ten­nant, Chib­nall i Strong umyśl­nie nie przy­ło­ży­li się do pra­cy, wręcz ją sabo­to­wa­li i tym samym wyki­wa­li Ame­ry­ka­nów i spra­wi­li, że Gra­ce­po­int było wiel­ką rekla­mą Bro­ad­church, mówią­cą: "bry­tyj­ska wer­sja seria­lu jest lep­sza i tak, dru­gi sezon poja­wi się już nie­dłu­go!" 😀

          I dobrze może, bo jak­by nam David za oce­anem został, to pew­nie prze­stał­by gry­wać w cud­nych pro­duk­cjach typu "Reco­ve­ry", na rzecz szum­nych tytu­łów

          Swo­ją dro­gą – co myślisz o tym, że Ten­nant znów zagra Kil­gra­va? Bo ja z jed­nej stro­ny się cie­szę (na zdję­ciach z pla­nu David wyglą­da jesz­cze bar­dziej obłęd­nie, niż w pierw­szym sezo­nie!) i gra­tu­lu­ję Ten­nan­to­wi suk­ce­su, ale z dru­giej – boję się, że David sta­nie się kolej­nym akto­rem zawo­do­wo gra­ją­cym zło­czyń­ców w hol­ly­wo­odz­kich pro­duk­cjach. To zna­czy: wiem, że Ten­nant ma na tyle dobre wyczu­cie, wspa­nia­łych agen­tów oraz szczę­ście, że raczej nie da się tak łatwo zaszu­flad­ko­wać, ale jed­nak – ist­nie­je nie­wiel­ka szan­sa, że tak się jed­nak sta­nie. I wła­śnie tego się tro­chę boję.

          • Marlena Bier,

            "(…)bo serial nawet na tle innych, ame­ry­kań­skich pro­duk­cji wypadł kiep­sko (i nawet w USA się nie spodo­bał, bo miał kiep­ską oglą­dal­ność)."

            To jest dla mnie nie­zmier­nie cie­ka­we wła­śnie… Wia­do­mo, że serial miał dosko­na­łe źró­dło, obsa­da, choć jak dla mnie nie pasu­ją­ca do swo­ich ról w więk­szo­ści, był napraw­dę dobra, sam pomysł też był napraw­dę dobry… Zauwa­ży­łam, ze w ostat­nich latach seria­le o nie­wiel­kich mia­stecz­kach czy wio­skach lub nie­wiel­kich spo­łecz­no­ściach świę­cą trium­fy. Na takiej małej powierzch­ni zazwy­czaj bar­dzo wie­le dzie­je się mię­dzy ludź­mi i to w tego typu pro­duk­cjach widać… Zaś sami widzo­wie w więk­szo­ści chy­ba, zaczy­na­ją żądać nie­co wię­cej niż "zła­pa­ny w 45 minut" albo "zabi­li go i uciekł"… No i ten taki kli­mat zagro­że­nia niby zni­kąd, któ­ry jest na pew­no jed­nym z głów­nych czyn­ni­ków odpo­wie­dzial­nych np. za suk­ces pro­zy Ste­phe­na Kin­ga, bo niby nic się nie dzie­je, a jed­nak … masa­kra! Co więc nie zagra­ło? Hehe, też bym sobie wypo­ży­czy­ła TAR­DIS, żeby zoba­czyć co wła­ści­wie dzia­ło się na pla­nie i w post pro­duk­cji, że bra­kło tej che­mii… Podo­ba mi się też Two­ja teo­ria o trol­lo­wa­niu Ame­ry­ka­nów na rzecz wiel­kiej rekla­my "Bro­ad­church" kto wie? 😀 Cie­ka­we ile osób się­gnę­ło po ory­gi­nał zachę­co­nych tą dys­ku­sją porów­nu­ją­cą oba seria­le 😛

            Wra­ca­jąc do spra­wy akto­rów… Wiesz, że bar­dzo cie­ka­we jest to, że więk­szość z nich widzia­ła "Bro­ad­church" na krót­ko przed lub po roz­po­czę­ciu pra­cy nad "Gra­ce­po­int", do cze­go się otwar­cie przy­zna­ją. Anna Gun powie­dzia­ła nawet, że popro­si­ła pro­du­cen­tów o moż­li­wość zoba­cze­nia pier­wo­wzo­ru i został jej udo­stęp­nio­ny (faj­nie, że akto­rzy sami mogli doko­nać tego wybo­ru i nie było im to narzu­co­ne 🙂 ). Świa­do­mie nie zro­bił tego chy­ba tyl­ko Micha­el Pena i wyraź­nie widać, że gra Mar­ka ina­czej niż Andy Buchan, na zupeł­nie innej nucie emo­cjo­nal­nej powie­dzia­ła­bym. Nie­ste­ty nie wycho­dzi to posta­ci na dobre, bo o ile Andy ude­rzał w nutę: "chło­pa­ki jed­nak pła­czą", to Micha­el raczej szedł w kie­run­ku "jestem taki wście­kły, ze zaraz kogoś zjem". Wra­ca­jąc jed­nak do tych dwóch seria­li... Widzia­łam bar­dzo faj­ny wywiad dla SAGA z odtwór­czy­nia­mi ról Beth, Ellie i Susan, w któ­rym zwłasz­cza Susan kil­ka­krot­nie pod­kre­śli­ła, żeby nie oglą­dać "Bro­ad­church" zanim nie obej­rzy się "Gra­ce­po­int", cho­ciaż przy­zna­ła, że sama to zro­bi­ła i zosta­ła po pro­stu obez­wład­nio­na tym jak genial­na jest ta pierw­sza pro­duk­cja. To samo sły­sza­łam z ust innych akto­rów tej pro­duk­cji, więc jest jakaś taka świa­do­mość, że jed­no moc­no wpły­wa na dru­gie i od tego nie da się uciec… Sły­sza­łam też kil­ka­krot­nie, jak w wypo­wie­dziach pod­kre­śla­no, ze "Gra­ce­po­int" jest zro­bio­ne głów­nie dla tych, któ­rzy nie widzie­li "Bro­ad­church". Hmm… na pew­no coś w tym jest. Tyle tyl­ko, że moim zda­niem, miesz­kań­ców Gra­ce­po­int było­by jed­nak trud­no poko­chać, nawet nie zna­jąc ich bry­tyj­skich odpo­wied­ni­ków…

            Gdy mowa o akto­rach, koniecz­nie muszę wró­cić do Davi­da. Opo­wia­da­jąc (choć nad wyraz nie­chęt­nie i oszczęd­nie) o tych dwóch rolach, David czę­sto odwo­łu­je się do doświad­czeń teatral­nych, w któ­rych po wie­lo­kroć opo­wia­da te samą histo­rię. Jed­nak wyda­je mi się, ze wte­dy on gra postać bar­dzo spój­ną, dogłęb­nie prze­my­śla­ną w cza­sie prób, a tutaj jed­nak zagrał dwie jed­nak z zało­że­nia inne posta­ci, któ­re tak się zda­rzy­ło, że mają podob­ny życio­rys. Niech już będzie, że imię ma nie takie złe (:P), cho­ciaż są takie imio­na, któ­re są dla mnie irra­cjo­nal­nie odpy­cha­ją­ce (w języ­ku pol­skim też 🙂 )… Jed­nak Emett nie ma w sobie tego bły­sku, tej cha­ry­zmy, któ­rą miał Alec. Trud­no powie­dzieć dla­cze­go, cho­ciaż moim zda­niem głów­nie przez brak che­mii pomię­dzy nim, a pozo­sta­ły­mi człon­ka­mi obsa­dy. Może jest w coś w tym, że on tu był jak "fish out of water" i być może jest jed­nak wię­cej róż­nic w pra­cy na pla­nie w oby­dwu kra­jach, niż David jest gotów publicz­nie przy­znać, nie wspo­mi­na­jąc ponow­nie o akcen­tach… Osta­tecz­nie zamiast humo­ru otrzy­mu­je­my raczej w jego wyko­na­niu zestaw scen o tym, jak nie postę­pu­je się z ludź­mi w ogó­le i współ­pra­cow­ni­ka­mi w szcze­gó­le… Zasta­na­wiam się też czy cza­sem David nie został wyraź­nie popro­szo­ny o to, żeby zagrać swo­ją postać ina­czej, może dostał jakieś kon­kret­ne wska­zów­ki, albo popro­szo­no go, żeby cze­goś wła­śnie nie robił, żeby się jakoś wyraź­nie odciął od Ale­ca, żeby się nie­co ina­czej koja­rzył… Możesz mieć też rację, że David bro­nił tej roli w wywia­dach, bo wło­żył w nią wraz z całą eki­pą wie­le sta­rań i może sam jest zasko­czo­ny koń­co­wym efek­tem, jed­nak ja bym tam wola­ła zapo­mnieć, że w ogó­le ją zagrał… Jed­nak, ponie­waż spe­cja­li­zu­ję się w wyszu­ki­wa­niu u Davi­da "momen­tów", to oso­bi­ście uwa­żam, ze naj­ostat­niej­sze uję­cie Davi­da, gdy tak idzie przez pla­żę z mar­so­wą miną, jest chy­ba jego naj­lep­szym w całym seria­lu. To wła­śnie powin­ni byli łapać twór­cy seria­lu, jego nie­sa­mo­wi­tą mimi­kę, ten wyraz oczu, któ­ry przy­pra­wia o dresz­cze, a wte­dy nawet inny for­mat posta­ci by aż tak nie raził... Alec był bowiem bar­dzo spój­ny, wie­dzie­li­śmy, że jest bar­dzo wraż­li­wy i uczu­cio­wy, ale moc­no sta­ra się to ukryć. U Emet­ta uczuć nie było widać, za to moż­na było z powo­dze­niem stwo­rzyć twar­de­go, doświad­czo­ne­go przez życie face­ta, któ­re­mu nie w gło­wie "umi­zgi", a osta­nia sce­na poka­zu­je, że David był­by i w takiej posta­ci bar­dzo dobry... Tyl­ko, ze nie było tej kon­se­kwen­cji, bo jak­by na siłę chcia­no wtło­czyć w Emet­ta jakieś ludz­kie odru­chy, któ­re w tej posta­ci wyraź­nie zgrzy­ta­ły.

            No i na koniec, sce­na­riusz znów pisał Chris Chib­nall, więc dla­cze­go te dia­lo­gi są takie inne, tak mało kli­ma­tycz­ne, tak bra­ku­je tego humo­ru i tej zwy­czaj­no­ści… Czyż­by Chris tak­że nie umiał się odna­leźć w innych realiach kul­tu­ro­wych? No i to na siłę inne zakoń­cze­nie… Rany! To napraw­dę pisał Chris? Chy­ba, że jed­nak Two­ja teo­ria jest praw­dzi­wa 😛

          • Jola,

            Wtrą­cam swo­je trzy gro­sze, bo jak czy­tam, jestem tu jedy­ną oso­ba, któ­ra naj­pierw widzia­ła Gra­ce­po­int. I też mi się nie podo­ba­ło. Ode­bra­łam je jako ame­ry­kań­ską sztam­pę i typo­wy przy­kład ame­ry­kań­skich wer­sji euro­pej­skich hitów Widzia­łam ich w życiu kil­ka i za każ­dym razem z fine­zyj­ne­go ory­gi­na­łu nic nie pozo­sta­wa­ło (co praw­da nie widzia­łam House of card, ale zro­bi­łam to celo­wo, bo nie chcia­łam sobie psuć wra­że­nia po bry­tyj­skim ory­gi­na­le). Do imie­nia Emett bym się aku­rat nie cze­pia­ła, bo w obu wer­sjach ich nosi­ciel raczej swo­ich imion nie lubi, więc chy­ba takie muszą być.

          • Marlena Bier,

            Bar­dzo cen­ny głos w dys­ku­sji 🙂 Serio, jak się widzia­ło coś, co uwa­ża się za tak fan­ta­stycz­ne jak "Bro­ad­church" to trud­no się w tej sytu­acji odciąć od porów­nań i spoj­rzeć na pro­blem obiek­tyw­nie. Zawsze się zasta­na­wiam co myślą ludzie, któ­rzy widzie­li tyl­ko "Gra­ce­po­int" albo ten wła­śnie serial jako pierw­szy, bo cały czas mi się wyda­je, że za moją nie­chęć do tego seria­lu odpo­wia­da zbyt­nia miłość do fan­ta­stycz­ne­go pierwowzoru.Teraz już coś wiem w tym tema­cie... 🙂 A jeśli idzie o imię, to wiesz, tak na to nie spoj­rza­łam, ale słusz­nie go chło­pa­ki nie zno­szą hehe 🙂

          • Hołka,

            W takim razie muszę zapy­tać w dru­gą stro­nę: jak ode­bra­łaś Bro­ad­church po Gra­ce­po­int? Czy finał pierw­szej serii wydał ci się bar­dziej poru­sza­ją­cy, czy też zna­jo­mość nie­mal takie­go same­go zakoń­cze­nia, jed­nak ode­bra­ła ci tro­chę fraj­dy z oglą­da­nia?

          • Jola,

            Na począ­tek infor­ma­cja, któ­ra gdzies wyczy­ta­łam, a teraz spraw­dzi­łam na Film­webb -- Chib­nall nie pisał wszyst­kich sce­na­riu­szy, sce­na­rzy­stów jest czte­rech, ci dodat­ko­wi są chy­ba Ame­ry­ka­na­mi, a gdzieś wła­śnie wyczy­ta­łam, że Chib­nall napi­sał tyl­ko pierw­szy odci­nek. Reży­se­rów jest pię­ciu. A więc ame­ry­kań­skie spoj­rze­nie prze­wa­ża, nawet jeśli cało­ści sze­fo­wał Chib­nall. Zakoń­cze­nie w Bro­ad­church jest jed­nak zupel­nie inne -- tu bez wat­pie­nia zabój­cą jest Joe i w związ­ku z tym tra­ge­dia Elli ma zupeł­nie inny wymiar. Jej reak­cja w Bro­ad­church świet­na, kore­spon­du­je z jej dość pro­stym, może lepiej bez­po­śre­nim, podej­ściem do świa­ta. Z jej wyglą­dem pro­win­cjo­nal­nej kobie­ty pra­cu­ją­cej, źle ubra­nej, źle ucze­sa­nej, źle uma­lo­wa­nej. W wer­sji ame­ry­kań­skiej oczy­wi­ście prze­wa­żył hap­py end -- że jed­nak przy­pa­dek, że nie jestem taki zły itp. Okrop­ny w Gra­ce­po­int jest ksiądz. W Bro­ad­church to czło­wiek z pro­ble­ma­mi, ale głę­bo­ko wie­rzą­cy, chcą­cy poma­gać ludziom, cier­pią­cy, że ci w grun­cie rze­czy jego pomo­cy nie potrze­bu­ją. No i jego rela­cja z Beth jest czy­sta, bez pod­tek­stów, a w Gra­ce­po­int -- szko­da gadać! W Bro­ad­church Dan­ny ma sekre­ty przed rodzi­ca­mi, bo dzie­ci tak mają i rodzi­ce nie­wie­le z tym mogą zro­bić, a w Gra­ce­po­int jest suge­stia, że za mało poświę­ca­li dziec­ku czasu...No i ten koman­dos ze stre­sem pola wal­ki! W Bro­ad­church samo­bój­stwo domnie­ma­ne­go pedo­fi­la jest ciche i tra­gicz­ne, w Gra­ce­po­int -- nie­zno­śnie pate­tycz­ne. W Bro­ad­church Har­dy dzwo­ni do cór­ki i nagry­wa przej­mu­ją­cy tekst, a w Gra­ce­po­int cór­ka przy­jeż­dża do taty, ale po co? Chloe Lati­mer z Bro­ad­church jest zwy­czaj­ną, sym­pa­tycz­ną dziew­czyn­ką z pło­wym war­ko­czem, a w Gra­ce­po­int jest nie­co zdzi­ro­wa­ta. I tak dalej, i tak dalej... No takie­go ame­ry­kań­skie­go zakal­ca nie mógł ura­to­wać nawet Ten­nant. No i jesz­cze, jak zoba­czy­łam DT robią­ce­go sobie podej­rza­ny zastrzyk w WC...

*Pola wymagane