Kie­dy w 1966 roku, gra­ją­cy pierw­sze­go Dok­to­ra Wil­liam Hart­nell posta­no­wił zre­zy­gno­wać ze swo­jej roli, twór­cy seria­lu wymy­śli­li coś rów­nie wspa­nia­łe­go, jak tele­pa­tycz­ny moduł tłu­ma­czą­cy TAR­DIS – rege­ne­ra­cję. Jeśli Dok­tor zosta­nie cięż­ko ran­ny, nie umie­ra, tyl­ko wła­śnie rege­ne­ru­je się, czy­li tak jak­by odra­dza na nowo. Zysku­je przy tym zupeł­nie nowe cia­ło, a tak­że zmie­nia się jego oso­bo­wość.

Dzię­ki tej pro­stej sztucz­ce twór­cy seria­lu mogli co jakiś czas nie tyl­ko wymie­niać akto­ra gra­ją­ce­go Dok­to­ra, ale też każ­dy odtwór­ca głów­nej roli mógł wykre­ować tą postać zupeł­nie na nowo.

Kie­dy więc po roku współ­pra­cy, Chri­sto­pher Ecc­le­ston zre­zy­gno­wał z gra­nia w seria­lu, Dok­tor nie znik­nął z tele­wi­zji, tyl­ko zmie­nił się w Davi­da Ten­nan­ta.

Miłość nie od pierw­sze­go wej­rze­nia

Byłam napraw­dę smut­na, kie­dy Dzie­wią­ty Dok­tor „zgi­nął”. A ponie­waż uwiel­bia­łam tą postać – zupeł­nie nie poko­cha­łam jego następ­cy. Pomy­śla­łam wte­dy: „rany, dla­cze­go tak wspa­nia­ły aktor, jakim jest Ecc­le­ston, został zastą­pio­ny przez kole­sia, któ­ry wyglą­da jak młod­sza i nie­co przy­stoj­niej­sza wer­sja Jasia Faso­li?!”

W Ten­nan­cie nie podo­ba­ło mi się abso­lut­nie wszyst­ko: jego uśmiech, spo­sób mówie­nia i poru­sza­nia się, nawet ele­ganc­ki strój, któ­ry przy­wdział. A kie­dy w pierw­szym odcin­ku, w któ­rym się poja­wił, wypo­wie­dział – będą­ce wizy­tów­ką jego poprzed­ni­ka – słów­ko Fan­ta­stic!, jęk­nę­łam ze zgro­zą – bo brzmia­ło to strasz­nie nie­na­tu­ral­nie i obco.

Oba­wia­łam się tak­że, że twór­cy seria­lu wyko­rzy­sta­ją to, iż Ten­nant jest młod­szy od Ecc­le­sto­na, by zmie­nić rela­cje pomię­dzy Dok­to­rem i Rose na bar­dziej roman­tycz­ne. I jak się szyb­ko prze­ko­na­łam – mia­łam rację. A to mi się wca­le nie podo­ba­ło.

Inny­mi sło­wy – pozna­nie nowe­go Dok­to­ra było dla mnie prze­ży­ciem bar­dziej trau­ma­tycz­nym, niż dla samej Rose. A oglą­da­nie pierw­szych epi­zo­dów z jego udzia­łem spra­wia­ło mi praw­dzi­wy ból.

Doctor Who - Christmas Invasion

Na widok nowego Doktora zareagowałam dokładnie tak samo, jak Rose. Nie wiedziałam, kim jest ten idiota, ale zupełnie mi się on nie podobał. I chciałam z powrotem zobaczyć Doktora z twarzą Christophera Ecclestona, bo to jego kochałam całym sercem.

źródło zdjęcia: DVDbash

Ale potem, nie­spo­dzie­wa­nie, sama nie wiem kie­dy – zaczę­łam Dzie­sią­te­go Dok­to­ra lubić. Z odcin­ka na odci­nek coraz bar­dziej, z sezo­nu na sezon coraz moc­niej. I poko­cha­łam go do tego stop­nia, że w obec­nej chwi­li, gdy myślę o Dok­to­rze, widzę uśmiech­nię­tą twarz Davi­da Ten­nan­ta. Bo Chri­sto­pher Ecc­le­ston był fan­ta­stycz­ny, ale Ten­nant w swo­jej roli spi­sy­wał się po pro­stu genial­nie.

Doctor Who - Dziesiąty - nie aż taki zły

Tak, przyznaję, myliłam się. Najpierw ogólnie co do serialu, potem co do Dziesiątego Doktora. Ale hej, błądzić jest rzeczą ludzką! ︎;)

źródło zdjęcia: DVDbash

Przy czym, sama byłam cie­ka­wa, co spra­wi­ło, że zmie­ni­łam nasta­wie­nie do nowe­go Dok­to­ra. Czy Ten­nant z cza­sem lepiej wczuł się w rolę? Czy może cho­dzi­ło o coś zupeł­nie inne­go? Wró­ci­łam więc do pierw­szych odcin­ków z Dzie­sią­tym Dok­to­rem. I wte­dy wszyst­ko sta­ło się dla mnie jasne. Ten­nant przez cały czas spi­sy­wał się tak samo dobrze. To moja siła przy­zwy­cza­je­nia spra­wi­ła, że na począt­ku oce­ni­łam go tak suro­wo.

Dla­te­go, jeśli wy rów­nież uwiel­bia­li­ście Ecc­le­sto­na i nie zako­cha­cie się w Ten­nan­cie od pierw­sze­go wej­rze­nia, to daj­cie chło­pa­ko­wi nie­co cza­su. Gwa­ran­tu­ję wam, że zmie­ni­cie zda­nie na jego temat.

Dok­tor i Rose

Na począ­tek bar­dzo waż­na infor­ma­cja: zanim przy­stą­pi­cie do oglą­da­nia Chri­st­mas Inva­sion, czy­li pierw­sze­go odcin­ka, w któ­rym poja­wił się Ten­nant, koniecz­nie zer­k­nij­cie na krót­ki fil­mik Born Aga­in. Cze­mu? Bo to tam zosta­ła zapre­zen­to­wa­na pierw­sza reak­cja Rose na zre­ge­ne­ro­wa­ne­go, nowe­go Dok­to­ra. A ta – dość istot­na kwe­stia doty­czą­ca zaak­cep­to­wa­nia Dok­to­ra przez jego towa­rzysz­kę – zosta­ła moim zda­niem w póź­niej­szym, świą­tecz­nym odcin­ku, nie­co zmar­gi­na­li­zo­wa­na.

A sko­ro o Chri­st­mas Inva­sion wspo­mi­nam – był jesz­cze jeden powód, dla któ­re­go Dzie­sią­ty Dok­tor nie przy­padł mi do gustu od same­go począt­ku. Mia­no­wi­cie zarów­no tam­ten odci­nek, jak i kil­ka póź­niej­szych, nie nale­ża­ło do naj­cie­kaw­szych. Na szczę­ście potem sce­na­rzy­ści wró­ci­li do daw­nej for­my. A nawet, zaczę­li pisać odcin­ki dużo lep­sze od tych z pierw­szej serii.

Doctor Who - School Reunion

School Reunion był pierwszym w miarę udanym odcinkiem z Dziesiątym Doktorem. Kolejny – The Girl in the Fireplace – wielu fanów Doctor Who (w tym także ja) zalicza do jednego z lepszych epizodów, jakie w ogóle pojawiły się w serialu.

źródło zdjęcia: DVDbash

Jak już wspo­mi­na­łam, twór­cy seria­lu zde­cy­do­wa­li się na to, by pomię­dzy Dok­to­rem i Rose coś zaiskrzy­ło. Nie­któ­rzy uwa­ża­ją to za wiel­ki błąd. Ja też począt­ko­wo tak myśla­łam, ale z cza­sem zmie­ni­łam zda­nie.

Przede wszyst­kim romans pomię­dzy dwój­ką głów­nych boha­te­rów nie pole­gał na cią­głym spo­glą­da­niu sobie głę­bo­ko w oczy, szep­ta­niu czu­łych słó­wek i innych, podob­nych rze­czach. Była to rela­cja zbu­do­wa­na przede wszyst­kim na przy­jaź­ni. A poza tym na nie­do­po­wie­dze­niach. Dok­tor kochał Rose, Rose kocha­ła Dok­to­ra i oby­dwo­je zda­wa­li sobie spra­wę ze swo­ich uczuć, ale żad­ne z nich nigdy nie wyzna­ło ich na głos. Jed­no­cze­śnie oby­dwo­je oba­wia­li się tego, co czu­ją, wręcz mar­twi­ła ich per­spek­ty­wa wią­za­nia się z tą dru­gą oso­bą. I w tym wszyst­kim było coś napraw­dę pięk­ne­go.

Doctor Who - Dziesiąty i Rose

Uczucie, jakie połączyło Doktora i Rose było bardzo prawdziwe, bo opierało się na tym, że on i ona polegali na sobie nawzajem, wspierali się i przede wszystkim – dobrze czuli się w swoim towarzystwie. To była taka czysta, wręcz niewinna miłość.

źródło zdjęcia: DVDbash

Przy oka­zji, wła­śnie od dru­gie­go sezo­nu poru­sza­ny był pewien dość istot­ny i bar­dzo cie­ka­wy aspekt: to, jak podró­żo­wa­nie z Dok­to­rem zmie­nia towa­rzy­szą­ce mu oso­by. Świet­nie zosta­ło to przed­sta­wio­ne w odcin­ku Army of Gho­sts, w któ­rym mama Rose stwier­dzi­ła, iż zna­jo­mość jej cór­ki z Dok­to­rem spra­wi­ła, że dziew­czy­na sta­ła się zupeł­nie inną oso­bą. Ale wca­le nie zmie­ni­ła się na lep­sze, tyl­ko utra­ci­ła pew­ną cząst­kę swo­je­go czło­wie­czeń­stwa.

Dok­tor i ucie­ka­ją­ca pan­na mło­da

Jed­ną z rze­czy, za któ­re cenię sobie serie Doctor Who stwo­rzo­ne przez Julie Gard­ner i Rus­sel­la T. Davie­sa, jest to, że widać, iż darzy­li oni oso­by oglą­da­ją­ce serial olbrzy­mim sza­cun­kiem. Nie wci­ska­li widzom kitu, nie pre­zen­to­wa­li rze­czy głu­pich i nie­lo­gicz­nych. Sza­cu­nek twór­ców dało się wyczuć tak­że w fina­ło­wym odcin­ku dru­giej serii. Gard­ner i Davies mogli wte­dy zosta­wić zapła­ka­nych widzów w Zato­ce Złe­go Wil­ka. Ale nie dość, że tego nie zro­bi­li, to jesz­cze zafun­do­wa­li im nie­zwy­kle zaska­ku­ją­cy i jed­no­cze­śnie bar­dzo zabaw­ny clif­fhan­ger. Otóż na pokła­dzie TAR­DIS, nie wia­do­mo skąd poja­wi­ła się pan­na mło­da. I to o niej opo­wia­dał póź­niej­szy odci­nek spe­cjal­ny, któ­ry jest moim ulu­bio­nym świą­tecz­nym epi­zo­dem Docto­ra Who.

Doctor Who - Runaway Bride

Kiedy myślisz, że w Doctor Who nic cię już nie zaskoczy, na pokładzie TARDIS zupełnie znikąd pojawia się panna młoda. I jak tu nie kochać tego serialu!

źródło zdjęcia: DVDbash

Cze­mu ten odci­nek jest taki super? Po pierw­sze w towa­rzysz­kę Dok­to­ra wcie­li­ła się Cathe­ri­ne Tate – nie­zwy­kle uta­len­to­wa­na, bry­tyj­ska aktor­ka kome­dio­wa. Po dru­gie, gra­na przez Tate Don­na Noble, była chy­ba naj­cie­kaw­szą dam­ską posta­cią, jaka poja­wi­ła się w seria­lu. Mega wyga­da­na, strasz­li­wie aser­tyw­na, a przy tym nie­zwy­kle wraż­li­wa i mądra. A dodat­ko­wo, w odróż­nie­niu od Rose, nie wyglą­da­ją­ca jak ślicz­ne dziew­cząt­ko. Była to tak­że jedy­na pasa­żer­ka TAR­DIS, któ­ra budzi­ła w Dok­to­rze nie tyl­ko fascy­na­cję, ale tak­że strach. Cze­mu nie ma się co dzi­wić – chu­dziut­ki Ten­nant przy Cathe­ri­ne Tate zda­wał się być po pro­stu kru­chy, a sama Don­na, raz czy dwa moc­no trzep­nę­ła Dok­to­ra w ramię lub trza­snę­ła go w poli­czek (ale nie z powo­du tego, że była bru­tal­ną kobie­tą, tyl­ko Dok­to­ro­wi po pro­stu się nale­ża­ło!).

Poza tym The Runa­way Bri­de posia­da napraw­dę dobry, cie­ka­wy i śmiesz­ny sce­na­riusz. A to, para­dok­sal­nie, w spe­cjal­nych odcin­kach Dok­to­ra Who nie zda­rza się czę­sto, bo zazwy­czaj są one moc­no prze­kom­bi­no­wa­ne i nie­ste­ty naiw­ne.

Dok­tor i Mar­tha

Nie pła­ka­łam pod koniec dru­giej serii, gdy Dok­tor żegnał się z Rose w Zato­ce Złe­go Wil­ka. Byłam bowiem świę­cie prze­ko­na­na, że na począt­ku następ­ne­go sezo­nu Ostat­ni Wład­ca Cza­su znaj­dzie jakiś magicz­ny spo­sób, za spra­wą któ­re­go odzy­ska swo­ją towa­rzysz­kę. Zapo­mnia­łam jed­nak, że takie rze­czy zda­rza­ją się w seria­lach ame­ry­kań­skich, a nie bry­tyj­skich.

Dla­te­go też, ku moje­mu, napraw­dę wiel­kie­mu zasko­cze­niu, Rose nie wró­ci­ła, a zamiast niej poja­wi­ła się Mar­tha Jones (w któ­rą wcie­li­ła się Fre­ema Agy­eman). Na tym jed­nak nie­spo­dzian­ki się nie skoń­czy­ły. Myśla­łam bowiem, że nowa boha­ter­ka zastą­pi swo­ją poprzed­nicz­kę w stu pro­cen­tach. Tym­cza­sem oka­za­ło się, że jej rela­cja z Dok­to­rem była zupeł­nie inna. Mar­tha zako­cha­ła się w Dok­to­rze nie­mal od pierw­sze­go wej­rze­nia, tym­cza­sem on myśla­mi wciąż powra­cał do Rose i zupeł­nie nie dostrze­gał tego, co czu­je jego nowa towa­rzysz­ka.

Doctor Who - Dziesiąty i Martha

Jedyną stałą w Doctor Who jest to, że co chwilę następują w nim jakieś zmiany. Serial uczy nas jednak, że – podobnie jak w życiu – choć te zmiany mogą nas przerażać i smucić, nie należy się ich bać, bo może z nich wyniknąć coś wspaniałego.

źródło zdjęcia: DVDbash

Bra­wa dla sce­na­rzy­stów nale­żą się tak­że za to, że uda­ło się im zro­bić z Mar­thy postać, któ­rą dało się lubić tak samo, jak Rose. I szcze­rze mówiąc, w obec­nej chwi­li nie jestem w sta­nie powie­dzieć, któ­rej z towa­rzy­szek Dzie­sią­te­go Dok­to­ra kibi­co­wa­łam naj­bar­dziej, bo każ­da z nich była w na swój wła­sny spo­sób wspa­nia­ła oraz nie­zwy­kła.

Doctor Who - Martha

Nie potrafię wskazać, którą towarzyszkę Dziesiątego Doktora lubiłam najbardziej, ale na pewno Martha była osobą, którą „chciałabym zostać, gdy dorosnę”.

źródło zdjęcia: DVDbash

Trze­cia seria zawie­ra odcin­ki jesz­cze lep­sze, niż sezon dru­gi. Ale to, co naj­cie­kaw­sze dzie­je się tutaj na koń­cu. Naj­pierw mamy ciąg napraw­dę świet­nych epi­zo­dów: 42, dwu­czę­ścio­wy Human Natu­re, dalej nie­mal cał­ko­wi­cie pozba­wio­ny Dok­to­ra, ale mimo to wspa­nia­ły Blink. A potem wra­ca Kapi­tan Jack Hark­ness! I jesz­cze, jak­by tego wszyst­kie­go było mało, pozna­je­my Mistrza, czy­li naj­więk­sze­go wro­ga Dok­to­ra, zaraz po Dale­kach (a może nawet na rów­ni z nimi).

Co praw­da dwa fina­ło­we odcin­ki trze­ciej serii były nie­co prze­kom­bi­no­wa­ne, ale pomi­mo tego, ich koń­co­wy wydźwięk napraw­dę moc­no mnie poru­szył. Chy­ba nawet bar­dziej, niż wcze­śniej­sza Zato­ka Złe­go Wil­ka.

Doctor Who - Gridlock

Choć Doktora z każdą z towarzyszek łączyły zupełnie inne relacje, każdy z tych duetów wspaniale oglądało się na ekranie.

źródło zdjęcia: DVDbash

Ach, i jesz­cze jed­na rzecz, w ramach cie­ka­wost­ki! Oka­zu­je się, że Bry­tyj­czy­cy „wyna­leź­li” lata­ją­cy lot­ni­sko­wiec na dłu­go przed marve­lo­wy­mi Aven­ger­sa­mi.

Dok­tor i Dok­tor

Świą­tecz­ny Voy­age of the Dam­ned był takim sobie odcin­kiem. Napraw­dę war­to jest nato­miast zoba­czyć powsta­ły w tym samym cza­sie (fabu­lar­nie poprze­dza­ją­cy Voy­age of the Dam­ned), kró­ciut­ki fil­mik Time Crash, w któ­rym to Dzie­sią­ty Dok­tor spo­ty­ka Pią­te­go Dok­to­ra. Drob­na rzecz, ale jej oglą­da­nie napraw­dę cie­szy:

Przy oka­zji war­to wspo­mnieć, że jeden z żar­tów w tym fil­mi­ku pole­ga na tym, że pry­wat­nie David Ten­nant jest wiel­kim fanem Pete­ra Davi­so­na (czy­li Pią­te­go Dok­to­ra), a Pią­ty Dok­tor zawsze był jego ulu­bio­ną inkar­na­cją Wład­cy Cza­su.

Dok­tor i Don­na

Ucie­ka­ją­ca pan­na mło­da, któ­rą Dok­tor poznał na prze­ło­mie dru­giej i trze­ciej serii, nie pozo­sta­ła obo­jęt­na na urok Wład­cy Cza­su i wró­ci­ła – tym razem nie na chwi­lę, ale na sta­łe!

A tak na mar­gi­ne­sie, zadzi­wia­ją­ce w Doctor Who jest to, że o ile inne seria­le, zazwy­czaj z roku na rok sta­ją się gor­sze, tak ta pro­duk­cja odwrot­nie, z każ­dym odcin­kiem roz­kwi­ta coraz bar­dziej. I czwar­ta seria jest moim zda­niem tą naj­lep­szą, to nie tyl­ko ze wzglę­du na duet Ten­nant-Tate, ale tak­że z powo­du zagęsz­cze­nia napraw­dę świet­nych odcin­ków.

Doctor Who - Dziesiąty i Donna

Funny fact: pierwotnie w czwartej serii towarzyszką Doktora miała zostać zupełnie nowa bohaterka, która z charakteru miała bardzo przypominać Donnę. Na szczęście w pewnej chwili twórcy serialu doznali olśnienia „hej, może po prostu zapytamy Catherine Tate, czy zagrałaby Donnę jeszcze raz?” A Catherine Tate powiedziała „TAK!” ︎:)

źródło zdjęcia: DVDbash

Bry­tyj­czy­cy, to taki śmiesz­ny naród, któ­ry nie lubi zasko­czeń. Dla­te­go nie­któ­re infor­ma­cje zwią­za­ne z fabu­łą Doctor Who – takie, jak to, kto będzie nowym towa­rzy­szem lub nowym Dok­to­rem – zawsze są ogła­sza­ne wcze­śniej. Inny­mi sło­wy, w chwi­li, w któ­rej BBC emi­to­wa­ło czwar­tą serię seria­lu, widzo­wie już wie­dzie­li, że to będzie ostat­ni sezon z Davi­dem Ten­nan­tem. I wie­cie co? Twór­cy Doctor Who bar­dzo spryt­nie ten fakt wyko­rzy­sta­li i co jakiś – zwłasz­cza w ostat­nim odcin­ku czwar­tej serii – trol­lo­wa­li oso­by oglą­da­ją­ce serial.

Doctor Who - Planet of the Ood

To zdjęcie nie ma większego związku z tekstem – wstawiam je, bo jest śmieszne. ︎:)

źródło zdjęcia: DVDbash

Nato­miast sam finał sezo­nu (któ­ry jed­no­cze­śnie nie był ostat­nim epi­zo­dem z Ten­nan­tem, bo aktor wystą­pił jesz­cze w odcin­kach świą­tecz­nych, o któ­rych za chwi­lę) był po pro­stu maj­stersz­ty­kiem! Dyna­micz­ny, pełen emo­cji i nie­spo­dzie­wa­nych zwro­tów akcji. A jed­no­cze­śnie będą­cy chy­ba naj­lep­szym odcin­kiem poże­gnal­nym, jaki kie­dy­kol­wiek oglą­da­łam. Na ekra­nie poja­wi­li się bowiem wszy­scy naj­waż­niej­si, dotych­cza­so­wi przy­ja­cie­le oraz towa­rzy­sze Dok­to­ra. Oglą­da­nie ich zma­gań było nie lada zaba­wą, ale też czymś strasz­nie smut­nym – w koń­cu przez cały czas wia­do­mo było, że po wszyst­kim przyj­dzie się nam z tą weso­łą eki­pą roz­stać i to praw­do­po­dob­nie raz na zawsze. I choć może to być jedy­nie moją nad­in­ter­pre­ta­cją, to wyda­je mi się, że zarów­no akto­rzy, jak i twór­cy seria­lu przed­sta­wi­li na ekra­nie emo­cje, któ­re sami w tam­tej chwi­li odczu­wa­li. I wła­śnie dzię­ki temu finał czwar­tej serii był tak poru­sza­ją­cy.

Doctor Who - Dziesiąty i Towarzysze

Piękne w Doctor Who jest to, że osoby zatrudnione w serialu zdają się być niczym wielka rodzina, a każdy traktuje pracę w tym programie, jako coś więcej niż tylko możliwość zarobku.

źródło zdjęcia: DVDbash

Moc­no zachwy­ci­ło mnie też to, w jaki spo­sób finał połą­czył ze sobą wąt­ki ze wszyst­kich czte­rech serii. Bo tak, nawią­za­no tutaj nawet do rze­czy, któ­re poja­wi­ły się jesz­cze za cza­sów Dzie­wią­te­go Dok­to­ra! Do tej pory nie mogę wyjść z podzi­wu i cały czas zasta­na­wiam się, czy Julie Gard­ner i Rus­sell T. Davies pla­no­wa­li to wszyst­ko od same­go począt­ku. Ale bez wzglę­du na to, czy tak było, czy też nie – cie­szy mnie, że pierw­sze czte­ry serie Doctor Who two­rzą inte­gral­ną całość, któ­rej wszyst­kie ele­men­ty ide­al­nie do sie­bie pasu­ją.

Doctor Who - smutny Dziesiąty

Korzystając z okazji, chciałam napisać, że David Tennant jest nieprzyzwoicie dobrym aktorem. I pięknie wygląda, kiedy się smuci.

źródło zdjęcia: DVDbash

Jesz­cze z drob­no­stek: duże wra­że­nie zro­bi­ła na mnie sce­na z odcin­ka The Sto­len Earth, w któ­rej Dok­to­ro­wi skoń­czy­ły się pomy­sły, nie wie­dział, jak odna­leźć ukra­dzio­ną Zie­mię. I wte­dy po pro­stu zamilkł. Ten, któ­re­mu buzia się pra­wie nigdy nie zamy­ka­ła, w tej jed­nej chwi­li nie wie­dział, co powie­dzieć. I to było znacz­nie bar­dziej prze­ra­ża­ją­ce, niż hor­dy Dale­ków ata­ku­ją­ce Zie­mię.

Dok­tor i ostat­nie odcin­ki spe­cjal­ne

Nie mam poję­cia, czym to było spo­wo­do­wa­ne, ale o ile w poprzed­nich latach twór­cy seria­lu fun­do­wa­li tele­wi­dzom po jed­nym odcin­ku świą­tecz­nym, tak po czwar­tej serii wyemi­to­wa­no aż czte­ry takie epi­zo­dy (w tym jeden dwu­czę­ścio­wy).

W całym tym zesta­wie­niu naj­go­rzej wypa­da chy­ba The Next Doctor, któ­ry choć sym­pa­tycz­ny, jest moim zda­niem po pro­stu świą­tecz­ną głu­pot­ką.

Naj­le­piej dla odmia­ny pre­zen­tu­je się Pla­net of the Dead – bar­dzo śmiesz­ny i dyna­micz­ny, a przy oka­zji pełen napraw­dę cie­ka­wych posta­ci. Do tej pory nie mogę prze­bo­leć, że Dok­tor nie zakum­plo­wał się na dłu­żej z Lady Chri­sti­ną de Souzą, bo dzie­wu­cha była po pro­stu stwo­rzo­na do bycia jego towa­rzysz­ką. A wra­ca­jąc do fabu­ły – poka­za­ny na koń­cu, lata­ją­cy czer­wo­ny auto­bus, był jed­ną z naj­pięk­niej­szych rze­czy, jakie w Doctor Who widzia­łam.

Cięż­ko jest mi nato­miast oce­nić The Waters of Mars, bo z jed­nej stro­ny, przez więk­szość cza­su odci­nek ten był taki sobie, ale pod koniec wszyst­ko dia­me­tral­nie się zmie­ni­ło. I wyda­rze­nia z ostat­nich – bo ja wiem – dzie­się­ciu minut, wywo­ła­ły u mnie praw­dzi­wy opad szczę­ki.

Doctor Who - Dziesiąty i Lady Christina

Niby lepiej czuć niedosyt niż nadmiar, niemniej nie mogę przeboleć, że Lady Christina była towarzyszką Dziesiątego Doktora tylko przez jeden odcinek. Przecież ta dwójka stanowiła idealną parę!

źródło zdjęcia: DVDbash

Naj­bar­dziej kło­po­tli­wy jest nato­miast The End of Time. Po fina­le czwar­tej serii wypa­da­ło­by bowiem, by ta ostat­nia przy­go­da Dzie­sią­te­go Dok­to­ra, była czymś rów­nie dobrym, a nawet znacz­nie lep­szym od tam­te­go odcin­ka. I z jed­nej stro­ny uda­ło się to osią­gnąć. Poważ­niej­sze wąt­ki wypa­dły bowiem napraw­dę dobrze. A David Ten­nant dał popis genial­nej gry aktor­skiej. Nie­ste­ty wszyst­ko to popsu­ły ele­men­ty fan­ta­stycz­ne. Lata­ją­cy Mistrz, powra­ca­ją­cy Wład­cy Cza­su i kosmi­ci-kak­tu­sy. Widząc to odnio­słam wra­że­nie, że twór­cy seria­lu mie­li za duży budżet i nie wie­dzie­li jak go wyko­rzy­stać, więc wyda­wa­li kasę na nie­po­trzeb­ne efek­ty spe­cjal­ne.

Doctor Who - Dziesiąty i TARDIS

The End of Time to bardzo nierówny odcinek – sceny, o których wolałoby się zapomnieć przeplatają się w nim z takimi, które pozostają w pamięci na długie lata.

źródło zdjęcia: DVDbash

Szczę­ście w nie­szczę­ściu, te głu­po­ty jakoś rekom­pen­su­je bar­dzo kame­ral­ne zakoń­cze­nie. Naj­pierw przej­mu­ją­ca i napraw­dę świet­na sce­na z czte­ro­krot­nym zapu­ka­niem, a potem Dok­tor odbie­ra­ją­cy swo­ją nagro­dę.

Nie pła­ka­łam nad Zato­ką Złe­go Wil­ka. Ale tutaj, gdy wie­dzia­łam, że to napraw­dę są ostat­nie sce­ny z Ten­nan­tem w roli Dok­to­ra, łzy spły­wa­ły mi po policz­kach.

Dok­tor i sce­na­rzy­ści

Pisa­łam już, że twór­com seria­lu uda­ło się spra­wić, że z cza­sem Doctor Who zyski­wał na jako­ści. Ale to nie jest ich jedy­na zasłu­ga.

Pomi­mo kosmi­tów i fan­ta­stycz­nych deko­ra­cji, serial opo­wia­dał przede wszyst­kich o ludziach. Pięk­ne było to, jak poszcze­gól­ne posta­ci z upły­wem cza­su zmie­nia­ły się, wręcz ewo­lu­owa­ły. Przy Dzie­wią­tym Dok­to­rze poda­łam za przy­kład Mic­key Smi­tha, ale on nie był jedy­ną oso­bą, któ­rą odmie­ni­ła zna­jo­mość z Wład­cą Cza­su.

Doctor Who - Dziesiąty i Wilfred

Zagapiłam się i zapomniałam napisać, że ostatni towarzysz Doktora – Wilfred – był jednocześnie najlepszym ze wszystkich kompanów Ostatniego Władcy Czasu.

źródło zdjęcia: DVDbash

Z resz­tą sam Dok­tor tak­że nie był od począt­ku do koń­ca takim samym boha­te­rem. A sce­na­rzy­stom bra­wa nale­żą się za to, że potra­fi­li widza czymś zasko­czyć, dodać do cech cha­rak­te­ry­stycz­nych Dok­to­ra jakiś nowy ele­ment. Zazwy­czaj były to drob­nost­ki, takie jak to, że Wład­ca Cza­su, nie wia­do­mo kie­dy, poza śru­bo­krę­tem sonicz­nym zaczął uży­wać tak­że ste­to­sko­pu lekar­skie­go. Albo, że pod koniec dru­gie­go sezo­nu krzyk­nął Allons-y i słów­ko to tak mu się spodo­ba­ło, że potem wypo­wia­dał je czę­ściej.

Doctor Who - Dziesiąty i stetoskop

TARDIS był chory i leżał w łóżeczku,
I przyszedł pan Doktor: „Jak się masz, TARDISeczku?”

źródło zdjęcia: DVDbash

Przed kame­rą, poza Davi­dem Ten­nan­tem, poja­wi­ła się masa uta­len­to­wa­nych bry­tyj­skich akto­rów. A sce­na­rzy­ści potra­fi­li ich poten­cjał wyko­rzy­stać, two­rząc posta­ci z krwi i kości, któ­rych losy nas obcho­dzi­ły.

To samo tyczy­ło się Dok­to­ra, któ­re­go nie bano się przed­sta­wiać w trud­nych sytu­acjach, cza­sem nawet w złym świe­tle. Dzię­ki temu Ten­nant mógł się nie tyl­ko wygłu­piać przed kame­rą, ale też poka­zać strach, gniew, smu­tek i wynio­słość swo­je­go boha­te­ra. Kil­ka­krot­nie nawet sobie popła­kał, ale zro­bił to tak, że zala­ny łza­mi Dok­tor w jego wyda­niu wca­le nie wyglą­dał żało­śnie. A ostat­nie uję­cie, gdy powie­dział I don't want to go zła­ma­ło mi ser­ce.

Doctor Who - Dziesiąty - końcowe sceny

Niewielu jest aktorów, którzy swoją grą potrafią ścisnąć mój żołądek, wywołać łzy i złamać mi serce. Jednym z takich artystów jest David Tennant.

źródło zdjęcia: DVDbash

Waż­ne jest tak­że to, o czym wspo­mi­na­łam już wczo­raj: Doctor Who jest chy­ba naj­lep­szym przy­kła­dem seria­lu fami­lij­ne­go, któ­re­go oglą­da­nie będzie bawić tak samo mło­dych, jak i doro­słych widzów. I jest to bar­dzo waż­na rzecz, o któ­rej, jak mi się zda­wa­ło, czę­sto zapo­mi­na­li auto­rzy innych recen­zji, któ­re czy­ta­łam. Powtó­rzę więc jesz­cze raz: fami­lij­ne pro­duk­cje muszą mieć odro­bi­nę ele­men­tów, któ­re roz­ba­wią dzie­cia­ki, ale widzom doro­słym będą wyda­wać się głu­pie. Nic się na to nie pora­dzi.

Jeśli trzy serie z Dzie­sią­tym Dok­to­rem to za mało

Poko­cha­li­ście Davi­da Ten­nan­ta w roli Dok­to­ra? Mam wiec dla was kil­ka dobrych wia­do­mo­ści! Po pierw­sze – może­cie sami stać się towa­rzy­sza­mi Dok­to­ra. Serio! Wystar­czy, że zaj­rzy­cie na stro­nę BBC*.

Po dru­gie, rów­no­le­gle do przy­gód Dzie­sią­te­go Dok­to­ra krę­co­ny był spin-off The Sarah Jane Adven­tu­res, gdzie Ten­nant poja­wił się gościn­nie, w dwu­od­cin­ko­wym epi­zo­dzie The Wed­ding of Sarah Jane Smith. Powsta­ły tak­że dwa ani­mo­wa­ne mini-seria­le o przy­go­dach Dzie­sią­te­go Dok­to­ra: The Infi­ni­te Quest oraz Dre­am­land. A raz Wład­ca Cza­su oka­zał się nawet być kom­po­zy­to­rem muzy­ki:

(TUTAJ może­cie zoba­czyć, jak to wyglą­da­ło na żywo)


I po trze­cie – Doctor Who, to nie tyl­ko serial tele­wi­zyj­ny, powsta­ła też masa powie­ści, komik­sów oraz audio­bo­oków opo­wia­da­ją­cych o przy­go­dach Ostat­nie­go Wład­cy Cza­su. A nie­któ­re z tych ostat­nich czy­tał David Ten­nant. Słu­cha­łam ich i brzmią one napraw­dę nie­źle. Są napi­sa­ne pro­stym języ­kiem, a Ten­nant na nagra­niach mówi bar­dzo wyraź­nie, więc oso­by nie­zbyt dobrze zna­ją­ce język angiel­ski nie powin­ny mieć pro­ble­mów z ich zro­zu­mie­niem. Poza tym Ten­nant jako lek­tor wypa­da bar­dzo dobrze – zmie­nia­nie tonu gło­su przy czy­ta­niu kwe­stii róż­nych boha­te­rów wycho­dzi mu bez zarzu­tu, dzię­ki cze­mu pra­wie nigdy nie zda­rza się sytu­acja (będą­ca naj­więk­szym pro­ble­mem audio­bo­oków czy­ta­nych przez jed­ną oso­bę), w któ­rej nie wia­do­mo kto, co mówi.

Co praw­da od stro­ny tre­ści, książ­ki czy­ta­ne przez Ten­nan­ta nie pre­zen­tu­ją bar­dzo wyso­kie­go pozio­mu. Ale z dru­giej stro­ny – każ­dy z takich audio­bo­oków trwa oko­ło dwóch godzin, więc tak napraw­dę koń­czy się on, zanim zdą­ży stać się zbyt nużą­cy. Do słu­cha­nia pod­czas waka­cyj­ne­go leni­stwa nada­je się więc ide­al­nie.

Doctor Who - Dziesiąty i śrubokręt soniczny

Dyrdymał prawie dobiegł końca, więc dla tych, którzy dotrwali do tego momentu – śmieszne zdjęcie Doktora w nagrodę! ︎:)

źródło zdjęcia: DVDbash

Wciąż wam mało? No dobrze, w takim razie, już zupeł­nie na koniec: jedy­ny, wspa­nia­ły i nie­po­wta­rzal­ny duet – David Ten­nant i Cathe­ri­ne Tate:

(TUTAJ to samo, w nie­co lep­szej jako­ści, ale bez napi­sów)

* Adno­ta­cja po latach: link w tek­ście miał pro­wa­dzić do gry Attack of the Gra­ske. Jed­nak z powo­du tego, że gra powsta­ła w tech­no­lo­gii Flash, któ­ra nie jest obec­nie uży­wa­na, nie moż­na w nią już zagrać. Pozo­sta­je jedy­nie wideo poka­zu­ją­ce, jak we wspo­mnia­ną grę gra ktoś inny.

Nie bądź pirat!

Zobacz na Upflix, gdzie obejrzeć omawianą produckję legalnie!

źró­dło zdję­cia ilu­stru­ją­ce­go wpis: DVD­bash

Wpis pocho­dzi z poprzed­niej wer­sji blo­ga. Został zre­da­go­wa­ny i nie­znacz­nie zmo­dy­fi­ko­wa­ny.

Ory­gi­nal­ny tekst możesz prze­czy­tać w ser­wi­sie Blog­spot.