Igor Ovsyannykov – Tickets

Cza­sem zda­rza się, że czło­wiek usły­szy tytuł, zoba­czy zwia­stun lub prze­czy­ta recen­zję i pomy­śli sobie „ach, więc ten film na pew­no tak będzie wyglą­dał”. I zazwy­czaj rze­czy­wi­stość oka­zu­je się być cał­ko­wi­cie zgod­na z naszy­mi ocze­ki­wa­nia­mi. Ale cza­sem jest zupeł­nie ina­czej. I dzi­siej­szy Dyr­dy­mał będzie o takich wła­śnie zasko­cze­niach – zarów­no tych pozy­tyw­nych, jak i nega­tyw­nych.

Percy Jackson

Kie­dy kil­ka lat temu na pół­kach księ­garń poja­wił się cegło­wa­ty, pierw­szy tom przy­gód Percy'ego Jack­so­na, któ­ry jakiś mądra­la opa­trzył komen­ta­rzem, że jest to ame­ry­kań­ski odpo­wied­nik Harry'ego Pot­te­ra, powie­dzia­łam sobie, że nie, że dzię­ku­ję. Po pierw­sze Pot­ter mi wystar­czał, po dru­gie imię Per­cy wyda­ło mi się kre­tyń­skie i w koń­cu po trze­cie – opo­wieść o chłop­cu, któ­ry jest synem Posej­do­na spra­wia­ła wra­że­nie zbyt prze­kom­bi­no­wa­nej.

Percy Jackson

Porównywanie Percy'ego do Harry'ego Pottera miało mu prawdopodobnie pomóc, ale w moim przypadku reklama osiągnęła skutek odwrotny do zamierzonego.

źródło zdjęcia: IMDb

Książ­ki do tej pory nie prze­czy­ta­łam, ale za to ostat­nio obej­rza­łam jej ekra­ni­za­cję. I oka­za­ło się, że Per­cy bije o gło­wę Pot­te­ra. Cze­mu? Powód jest pro­sty – przy­go­dy ame­ry­kań­skie­go boha­te­ra są pozba­wio­ne pato­su, któ­ry nie­mal non stop towa­rzy­szy bry­tyj­skie­mu cza­ro­dzie­jo­wi. Jack­son nie jest cudow­nym dziec­kiem ozna­czo­nym efek­tow­ną bli­zną i nie musi wal­czyć ze złym, strasz­li­wym anta­go­ni­stą, któ­re­go wszy­scy inni się boją.

Per­cy jest co praw­da synem olim­pij­skie­go boga, ale nie nale­ży się tym zra­żać. Bo spra­wy mają się tak, że Zeus, Posej­don i spół­ka nie prze­sta­li rand­ko­wać z ludź­mi w cza­sach antycz­nej Gre­cji. Robią to do dziś i nie sto­su­ją anty­kon­cep­cji, przez co na Zie­mi roi się od ich dzie­cia­ków. I Per­cy jest po pro­stu jed­nym z nich.

Co naj­waż­niej­sze – przy­go­dy Percy'ego oglą­da się bar­dzo przy­jem­nie. Jedy­ne, co mnie razi­ło, to kil­ka idio­tycz­nych zacho­wań boha­te­rów (utnij­my hydrze gło­wę, hur­ra, cze­mu nie!), ale poza tym film był napraw­dę ok.

» Nie bądź pirat, klik­nij i zobacz, gdzie obej­rzeć oma­wia­ną pro­duk­cję legal­nie! »

Secretariat

Lubię fil­my o wyści­gach kon­nych mimo, iż ich zakoń­cze­nia są dość prze­wi­dy­wal­ne. W koń­cu wia­do­mo, że zwie­rzak, któ­ry jest głów­nym boha­te­rem, na pew­no wygra wiel­ki wyścig. A jeśli dodat­ko­wo mamy do czy­nie­nia z „true sto­ry”, to nie­mal pew­ne jest, że jakiś życz­li­wy pismak umie­ści w swo­jej recen­zji zda­nie: „film opar­ty na fak­tach auten­tycz­nych, opo­wia­da histo­rię konia, któ­ry wygrał wyścig”. Ale pomi­mo takich spo­ile­rów, pro­duk­cje takie jak Hidal­go lub Seabi­scu­it oglą­da­ło mi się napraw­dę dobrze, a w fina­ło­wych goni­twach zawsze moc­no trzy­ma­łam kciu­ki za głów­nych boha­te­rów.

Secretariat

Głównym bohaterem filmu o koniu wyścigowym powinien być koń, a nie człowiek!

źródło zdjęcia: IMDb

Myśla­łam, że podob­ne emo­cje będą mi towa­rzy­szyć pod­czas podzi­wia­nia zma­gań Secre­ta­ria­ta, ale się roz­cza­ro­wa­łam. Bo choć sam film nie był zły, to fabu­ła zamiast na dziel­nym ruma­ku, sku­pia­ła się głów­nie na losach jego wła­ści­ciel­ki i jej rodzin­nych zma­gań. Z tego też powo­du wyszło z tego kino bar­dzo oby­cza­jo­we. A ponie­waż zasia­dłam przed tele­wi­zo­rem licząc na zapie­ra­ją­ce dech w pier­siach pości­gi, po sean­sie byłam dość znu­dzo­na i nie­za­do­wo­lo­na.

» Nie bądź pirat, klik­nij i zobacz, gdzie obej­rzeć oma­wia­ną pro­duk­cję legal­nie! »

King Kong (Petera Jacksona)

Nigdy nie byłam fan­ką fil­mów o wiel­kiej mał­pie i przez to przez wie­le lat w ogó­le nie byłam zain­te­re­so­wa­na obej­rze­niem dzie­ła Pete­ra Jack­so­na. Naj­zwy­czaj­niej w świe­cie myśla­łam, że to nie będzie faj­ne. Ale ostat­nio mia­łam przy­jem­ność zoba­czyć reży­ser­ską, trzy­go­dzin­ną wer­sję King Kon­ga.

Matt Ferguson – King Kong

Nowy King Kong nie zebrał najlepszych recenzji. Tymczasem okazuje się, że to nie jest zły film. Choć jednocześnie – nie jest to też arcydzieło.

autor obrazu: Matt Ferguson

O dzi­wo oglą­da­nie film wca­le mi się nie dłu­ży­ło. Boha­te­ro­wie zosta­li zapre­zen­to­wa­ni cie­ka­wie, a same wyda­rze­nia przed­sta­wio­ne w efek­tow­ny spo­sób. Naj­lep­sza była oczy­wi­ście środ­ko­wa część fil­mu, w któ­rej poza King Kon­giem poja­wi­ły się tak­że dino­zau­ry i inne krwio­żer­cze bestie. Naj­go­rzej z kolei wypa­dła koń­ców­ka – ale może to dla­te­go, że wie­dzia­łam, jak skoń­czą się losy gigan­tycz­ne­go gory­la. W każ­dym razie – choć film nie jest arcy­dzie­łem oka­zał się dużo lep­szy, niż przy­pusz­cza­łam.

» Nie bądź pirat, klik­nij i zobacz, gdzie obej­rzeć oma­wia­ną pro­duk­cję legal­nie! »

Wzgórza mają oczy / The Hills Have Eyes

Nie mia­łam zie­lo­ne­go poję­cia o czym będzie opo­wia­dał film, wie­dzia­łam jedy­nie, że miał być strasz­ny. Po prze­czy­ta­niu tytu­łu spo­dzie­wa­łam się thri­le­ru, któ­re­go akcja będzie dzia­ła się na osnu­tych mgłą angiel­skich wzgó­rzach. A tu nie­spo­dzian­ka – oka­za­ło się, że tytu­ło­we wzgó­rza znaj­du­ją się na pustyn­nych obsza­rach USA, gdzie kie­dyś testo­wa­no bom­by ato­mo­we.

Wzgórza mają oczy

Pomysł na film mnie zaskoczył. Reszta już niekoniecznie.

źródło zdjęcia: IMDb

Począ­tek fil­mu był obie­cu­ją­cy, potem zro­bi­ło się nud­no, a pod koniec rze­czy­wi­ście strasz­nie… z tym, że nie­ste­ty strasz­nie paskud­nie. Bo dobre strasz­ne fil­my to takie, pod­czas oglą­da­nia któ­rych czło­wiek ze stra­chu obgry­za paznok­cie aż do łok­ci, a potem boi się same­mu pójść do łazien­ki. To takie fil­my, w przy­pad­ku któ­rych boimy się po pro­stu tego, że za rogiem czai się psy­chol z sie­kie­rą lub innym ostrym narzę­dziem. Tym­cza­sem w przy­pad­ku złych strasz­nych fil­mów czu­je­my lęk bo wie­my, że jak cza­ją­cy się za rokiem psy­chol z sie­kie­rą lub innym ostrym narzę­dziem dopad­nie swo­ją ofia­rę, to w stro­nę kame­ry pole­cą jej bebe­chy i hek­to­li­try krwi, a nam z tego powo­du prze­sta­nie sma­ko­wać popcorn.

Wzgó­rza mają oczy były nie­ste­ty sztan­da­ro­wym przy­kła­dem złe­go strasz­ne­go fil­mu. Nie dość, że zamiast stra­chu wywo­ły­wał u mnie jedy­nie mdło­ści, to na doda­tek był cho­ler­nie nud­ny. Dla­te­go dobrze wam radzę – ten film lepiej omi­jaj­cie sze­ro­kim łukiem!

» Nie bądź pirat, klik­nij i zobacz, gdzie obej­rzeć oma­wia­ną pro­duk­cję legal­nie! »

Stowarzyszenie Wędrujących Jeansów / The Sisterhood of the Traveling Pants

Kolej­ny film na pod­sta­wie książ­ki, któ­rej nie prze­czy­ta­łam. Spo­dzie­wa­łam się głu­piej kome­dii roman­tycz­nej dla nasto­la­tek – a oka­za­ło się, że jest to film dość oby­cza­jo­wy. I mimo iż poja­wia­ją się w nim zarów­no wąt­ki kome­dio­we, jak i roman­tycz­ne, to fabu­ła przede wszyst­kim mądrze opo­wia­da o dora­sta­niu, radze­niu sobie ze zmia­na­mi zacho­dzą­cy­mi w życiu i akcep­to­wa­niu same­go sie­bie.

Stowarzyszenie Wędrujących Jeansów

Film – wbrew tytułowi, nie opowiada o żywych, chodzących jeansach! ︎:P

źródło zdjęcia: IMDb

Przy czym war­to pamię­tać, że Sto­wa­rzy­sze­nie Wędru­ją­cych Jean­sów to jed­nak typo­wo „bab­skie kino”. I jesz­cze jed­no: obej­rza­łam oby­dwie czę­ści, ale pierw­sza była znacz­nie lep­sza od dru­giej.

» Nie bądź pirat, klik­nij i zobacz, gdzie obej­rzeć oma­wia­ną pro­duk­cję legal­nie! »

Thor

Zazwy­czaj podo­ba­ją mi się ekra­ni­za­cje komik­sów Marve­la. Dla przy­kła­du: dwa fil­my o Iron Manie uwa­żam za dość uda­ne. Myśla­łam więc, że Thor rów­nież będzie dobry. A tu zno­wu – choć nie było źle, to spo­dzie­wa­łam się cze­goś inne­go, lep­sze­go.

Przede wszyst­kim liczy­łam na to, że wątek asgardz­ki będzie potrak­to­wa­ny dru­go­pla­no­wo, a więk­sza część fil­mu przed­sta­wiać będzie upa­dłe­go boga, któ­ry sta­ra się upo­rać ze swo­ją śmier­tel­no­ścią oraz ziem­ską rze­czy­wi­sto­ścią. Tym­cza­sem twór­cy Tho­ra poszli na łatwi­znę i wole­li zafun­do­wać widzom przede wszyst­kim efek­tow­ne, kom­pu­te­ro­wo wyge­ne­ro­wa­ne asgardz­kie potycz­ki.

Thor

O ile w Iron Manie zakochałam się niemal od pierwszego wejrzenia, tak Thora zupełnie nie potrafię polubić.

źródło zdjęcia: IMDb

Dodat­ko­wo zacho­wa­nia głów­ne­go boha­te­ra wyda­ły mi się dość nie­praw­do­po­dob­ne. Co praw­da zaraz po wylą­do­wa­niu na zie­mi Thor pra­wi­dło­wo – wykrzy­ki­wał „jestem bogiem” (uświa­dom to sobie-sobie ︎;) i nie potra­fił zro­zu­mieć, że zde­rze­nie z roz­pę­dzo­nym samo­cho­dem może być bole­sne. Potem jed­nak – ni stąd, ni zowąd koleś zmie­nił się w stu­pro­cen­to­we­go śmier­tel­ni­ka o dobrych manie­rach, któ­ry potra­fił przy­rzą­dzić i podać śnia­da­nie do łóż­ka.

Dru­ga spra­wa, że Thor, któ­ry w pierw­szej czę­ści fil­mu dziel­nie wyma­chu­jąc sza­bel­ką mło­tem nama­wiał pobra­tyń­ców do woj­ny z Lodo­wy­mi Gigan­ta­mi, pod koniec, z jakie­goś zupeł­nie dla mnie nie­zro­zu­mia­łe­go powo­du zmie­nił zda­nie i stwier­dził, że zabi­ja­nie Lodo­wych Gigan­tów jest złe. Inny­mi sło­wy – ta cała prze­mia­na głów­ne­go boha­te­ra wyda­wa­ła mi się sztucz­na i cał­ko­wi­cie nie­praw­do­po­dob­na. A sam film był po pro­stu taki sobie.

» Nie bądź pirat, klik­nij i zobacz, gdzie obej­rzeć oma­wia­ną pro­duk­cję legal­nie! »

Robin Hood (Ridley'a Scotta)

Ksią­żę Zło­dziei z Kevi­nem Cost­ne­rem w roli Robin Hooda był moim zda­niem świet­nym fil­mem i nie odczu­wa­łam potrze­by zoba­cze­nia nowej wer­sji przy­gód legen­dar­ne­go łucz­ni­ka. Tym bar­dziej, że zwia­stu­ny fil­mu Scot­ta były tak peł­ne pato­su, że pod­czas ich oglą­da­nia popcorn sta­wał mi w gar­dle. Bar­dzo ostroż­nie zasia­dłam więc do obej­rze­nia tego fil­mu, z posta­no­wie­niem, że jeśli pierw­sze dzie­sięć minut oka­że się kiep­skie, to nie będę oglą­dać dalej. No i dotrwa­łam aż do koń­co­wych napi­sów, bo oka­za­ło się, że pra­wie wszyst­kie pate­tycz­ne sce­ny pocho­dzi­ły ze zwia­stu­nów, a resz­ta była bar­dzo przy­jem­na w oglą­da­niu.

Bra­wa nale­żą się Ridley'owi Scot­to­wi głów­nie za to, jak do histo­rii sław­ne­go bani­ty. Otóż w fil­mie Robin nie jest szla­chet­nie uro­dzo­nym mło­dzień­cem, któ­ry posta­no­wił towa­rzy­szyć wspa­nia­łe­mu Ryszar­do­wi Lwie Ser­ce w kru­cja­cie. Tutaj Robin jest czło­wie­kiem „z ludu”, któ­ry zacią­gnął się do armii dla dobre­go zarob­ku. I kie­dy nie­spo­dzie­wa­nie Rysiek Lwie Ser­ce umie­ra, Robin stwier­dza (dość mądrze), że sko­ro orga­ni­za­tor wyciecz­ki kop­nął w kalen­darz, to żoł­du raczej nie będzie i trze­ba dezer­te­ro­wać.

Robin Hood

Największą zaletą Robin Hooda Ridley'a Scotta jest to, że film opowiada znaną nam historię na nowo i zupełnie inaczej, dzięki czemu co chwila zaskakuje.

źródło zdjęcia: IMDb

W dro­dze na sta­tek do Anglii Robin spo­ty­ka napad­nię­te­go przez ban­dy­tów, szla­chet­nie uro­dzo­ne­go ryce­rza – Robi­na z Loxley. Koleś jest śmier­tel­nie ran­ny i przed śmier­cią pro­si Robi­na by ten udał się do Loxley i zwró­cił ojcu ryce­rza jego miecz. A nasz głów­ny boha­ter posta­na­wia wyko­rzy­stać zaist­nia­łą sytu­ację i wędro­wać przez Anglię pod­szy­wa­jąc się pod zmar­łe­go szlach­ci­ca. A to dopie­ro począ­tek roz­bież­no­ści z histo­rią Robin Hooda, któ­rą zna­my!

W fil­mie jest nie­wie­le rabo­wa­nia, za to spo­ro spi­sków i zagry­wek poli­tycz­nych. Sce­na­riusz został napi­sa­ny bar­dziej na poważ­nie, przy czym nie bra­ku­je mu kil­ku lżej­szych momen­tów. Nowy Robin Hood nie jest ani lep­szy, ani gor­szy od swo­jej poprzed­niej wer­sji. Jest po pro­stu zupeł­nie inny i wyda­je mi się, że z tego powo­du napraw­dę war­to go obej­rzeć. A dodat­ko­wą zachę­tą niech będzie dla was Cate Blan­chett, któ­ra zagra­ła Marion tak genial­nie, że Rus­sell Cro­we wypadł przy niej po pro­stu bla­do.

» Nie bądź pirat, klik­nij i zobacz, gdzie obej­rzeć oma­wia­ną pro­duk­cję legal­nie! »

Super 8

Naczy­ta­łam się o tym fil­mie, że jest świet­ny, że odda­je kli­mat dzieł Spiel­ber­ga, że w kinie daw­no nie gra­li cze­goś tak dobre­go. Głów­nie ze wzglę­du na to nawią­za­nie do Spiel­ber­ga spo­dzie­wa­łam się sza­lo­ne­go fil­mu przy­go­do­we­go z mnó­stwem humo­ru sytu­acyj­ne­go. Zamiast tego otrzy­ma­łam dra­mat oby­cza­jo­wy z kosmi­tą w tle.

Super 8

Zupełnie nie rozumiem, czemu inni byli tym filmem tak bardzo zachwyceni.

źródło zdjęcia: IMDb

Super 8 sta­rał się być weso­ły, ale moim zda­niem wię­cej było w nim smut­nych momen­tów. Scen akcji też nie było zbyt wie­le i szcze­rze mówiąc – przez więk­szość cza­su napraw­dę się nudzi­łam. Boha­te­ro­wie tak­że nie wyda­wa­li mi się sym­pa­tycz­ni i nie mia­łam komu kibi­co­wać. Z powo­du tego wszyst­kie­go Super 8 ode­bra­łam bar­dzo źle.

„Pra­wie jak Spiel­berg” to jed­nak nie to samo, co po pro­stu „Spiel­berg”.

» Nie bądź pirat, klik­nij i zobacz, gdzie obej­rzeć oma­wia­ną pro­duk­cję legal­nie! »

Wanted

Nigdy nie prze­pa­da­łam za sty­lem gry aktor­skiej Ange­li­ny Jolie. A poza tym jakoś tak wyszło, że każ­dy film z jej udzia­łem, jaki zoba­czy­łam, zbyt­nio mi się nie podo­bał. To zna­czy – żaden nie był strasz­nie zły, ale jed­no­cze­śnie każ­de­mu bra­ko­wa­ło „tego cze­goś”, co spra­wi­ło­by, że chcia­ła­bym go zoba­czyć ponow­nie.

O fil­mie Wan­ted nawet nie sły­sza­łam, ale gdy­bym już o nim wie­dzia­ła, pew­nie daro­wa­ła­bym sobie seans wła­śnie ze wzglę­du na Ange­li­nę. Pew­ne­go dnia zupeł­nie przy­pad­kiem zoba­czy­łam jed­nak napraw­dę faj­ne wideo na YouTu­be (umiesz­czam je niżej, ale uwa­ga – fil­mik zawie­ra spo­ile­ry!) i pomy­śla­łam, że sko­ro fanvid wyszedł tak świet­nie, to może sam film tak­że oka­że się cie­ka­wy. I tym spo­so­bem Wan­ted stał się pierw­szym fil­mem z Ange­li­ną Jolie, któ­ry napraw­dę bar­dzo mi się podo­bał (przy czym Ange­li­na ode­gra­ła tu rolę dru­go­pla­no­wą, więc może to też mia­ło zna­cze­nie).

Zale­ty fil­mu oddam wam w trzech sło­wach: „absur­dal­ny, ale efek­tow­ny”. Boha­te­ro­wie ska­czą tutaj jak w Matri­xie, strze­la­ją pod­krę­co­ny­mi kula­mi i na sto jeden innych spo­so­bów łamią pra­wa fizy­ki oraz zdro­we­go roz­sąd­ku. Ale wszyst­ko zapre­zen­to­wa­ne jest w spo­sób tak miły dla oka, że widz jakoś zapo­mi­na o wszel­kich absur­dach fabu­ły i po pro­stu dobrze się bawi.

» Nie bądź pirat, klik­nij i zobacz, gdzie obej­rzeć oma­wia­ną pro­duk­cję legal­nie! »

Zielony Szerszeń [Green Hornet] oraz Zielona Latarnia [Green Lantern]

Dwie świe­żut­kie, tego­rocz­ne pre­mie­ry. W zwia­stu­nie Zie­lo­ny Szer­szeń wyda­wał się faj­ny, zabaw­ny i pełen akcji, a Zie­lo­na Latar­nia głu­pia i kiczo­wa­ta.

Zielona Latarnia

Znów okazało się, że zmyliły mnie zarówno zwiastuny, jak i recenzje innych krytyków.

źródło zdjęcia: IMDb

W rze­czy­wi­sto­ści jest zupeł­nie odwrot­nie – to w Zie­lo­nym Szer­sze­niu panu­je nuda, żar­ty są kiep­skie, a głów­ni boha­te­ro­wie nie­zbyt sym­pa­tycz­ni. Z kolei Zie­lo­na Latar­nia jest spraw­nie nakrę­co­nym fil­mem scien­ce-fic­tion, z ład­nie pre­zen­tu­ją­cy­mi się efek­ta­mi spe­cjal­ny­mi, wart­ką akcją i sce­na­riu­szem, któ­ry spra­wia, że film oglą­da się napraw­dę przy­jem­nie. Jeśli więc musie­li­by­ście wybie­rać pomię­dzy Zie­lo­ną Latar­nią i rów­nie Zie­lo­nym Szer­sze­niem, się­gnij­cie po ten pierw­szy odcień zie­le­ni.

» Nie bądź pirat, TUTAJ możesz spraw­dzić, gdzie obej­rzeć Zie­lo­ne­go Szer­sze­nia,
a TUTAJZie­lo­ną Latar­nię. »

Legion oraz Ksiądz [Priest]

Legion był fil­mem, któ­ry miał w sobie spo­ry poten­cjał i gdy­by akcja poto­czy­ła się w nim nie­co ina­czej, to wyszło by z nie­go napraw­dę dobre dzie­ło. Bo był i upa­dły anioł, i ponow­ne naro­dzi­ny Jezu­sa w XXI wie­ku, i apo­ka­lip­sa. Na zdro­wy rozum boha­te­ro­wie takie­go fil­mu powin­ni ucie­kać, gdzie ich nogi ponio­szą, po dro­dze efek­tow­nie eli­mi­nu­jąc wszel­kich prze­ciw­ni­ków, jacy sta­ną im na dro­dze. Ale sce­na­rzy­ści zro­bi­li coś zupeł­nie inne­go – zamknę­li głów­nych boha­te­rów w przy­droż­nej knaj­pie.

No dobrze, moż­na by im pogra­tu­lo­wać inno­wa­cyj­no­ści. Ale co z tego, sko­ro pomysł oka­zał się do kitu? Było źle, ponie­waż zastę­py opę­ta­nych ludzi przy­po­mi­na­ją­cych zom­bia­ki falo­wo ata­ko­wa­li feral­ną knaj­pę. Pierw­sza fala: ludzie bro­nią­cy knaj­py odpie­ra­ją atak, ale kil­ku z nich ginie. Dru­ga fala – to samo. Trze­cia – tak­że. Nud­ne, praw­da? To wła­śnie dla­te­go w apo­ka­lip­tycz­nych fil­mach ludzie powin­ni przez cały czas ucie­kać, zamiast sie­dzieć w jed­nym miej­scu. A jeśli już chcą się gdzieś zaszyć, to sce­na­rzy­ści powin­ni dostar­czyć im bar­dziej zróż­ni­co­wa­nych atrak­cji.

Legion

Legion miał ciekawy punkt wyjścia i imponującą obsadę. Szkoda, że ten potencjał nie został wykorzystany.

źródło zdjęcia: IMDb

Znie­chę­co­na Legio­nem nie­co ostroż­nie zaczę­łam oglą­dać Księ­dza (któ­re­go wyre­ży­se­ro­wał ten sam facet). I tu cze­ka­ło mnie bar­dzo pozy­tyw­ne zasko­cze­nie, bo ten dru­gi film, choć rów­nie głu­pi, oka­zał się wypeł­nio­ny dużo więk­szą daw­ką akcji i przez to był znacz­nie cie­kaw­szy. Poza tym dość inte­re­su­ją­co pre­zen­to­wał się od stro­ny wizu­al­nej – kra­jo­bra­zy momen­ta­mi przy­po­mi­na­ły te z Gwiezd­nych Wojen.

Jedy­ne, cze­go nie mogę prze­bo­leć, to że w oby­dwóch fil­mach głów­ne role zagrał Paul Bet­ta­ny. Cho­ler­nie szko­da mi kole­sia, bo moim zda­niem jest on napraw­dę dobrym akto­rem i nie­faj­nie, że mar­nu­je on swój talent w takich fil­mach. No ale nic na to nie pora­dzę. Z resz­tą, sko­ro Ksiądz był lep­szy od Legio­nu to widać tu ewi­dent­ną ten­den­cję wzro­sto­wą – może więc następ­ny film z Bet­ta­nym oka­że się praw­dzi­wym arcy­dzie­łem?

» Nie bądź pirat, TUTAJ możesz spraw­dzić, gdzie obej­rzeć Legion,
a TUTAJKsię­dza. »

Kac Vegas / Hangover

Ostat­ni film w dzi­siej­szym zesta­wie­niu. Nie chcę was już zanu­dzać, więc napi­szę krót­ko. Bałam się, że będzie to głu­pia, peł­na oble­śnych żar­tów kome­dy­ja. Tym­cza­sem film oka­zał się napraw­dę dobry, nie­prze­wi­dy­wal­ny, no i momen­ta­mi roz­śmie­sza­ją­cy aż do łez. Pole­cam!

Kac Vegas

Mam nadzieję, że kiedy to czytacie, nie jesteście wymęczeni tak bardzo, jak panowie na zdjęciu. ︎:P

źródło zdjęcia: IMDb

» Nie bądź pirat, klik­nij i zobacz, gdzie obej­rzeć oma­wia­ną pro­duk­cję legal­nie! »

autor zdję­cia ilu­stru­ją­ce­go wpis: Igor Ovsy­an­ny­kov

Wpis pocho­dzi z poprzed­niej wer­sji blo­ga. Został zre­da­go­wa­ny i nie­znacz­nie zmo­dy­fi­ko­wa­ny.

Ory­gi­nal­ny tekst możesz prze­czy­tać w ser­wi­sie Live­Jo­ur­nal.